Access Token not set. You can generate Access Tokens for your Page or Profile on fb.srizon.com. After generating the access token, insert it on the backend

0

Żeby czuć się potrzebnym.

 

Harcerz, żeglarz, społecznik. Choć nie skończył jeszcze 30 lat, może poszczycić się osiągnięciami, których pozazdrościć mogliby mu dużo starsi. O różnicach pokoleniowych, stereotypach i realiach Polski początku XXI w. rozmawiamy z jednym z najmłodszych współzałożycieli Forum Obywateli Rybnika – Kamilem Jakubiakiem.

 

Czujesz się iksem, igrekiem, zetem? Z którym pokoleniem się identyfikujesz?

Akurat z tym mam problem, bo chyba jestem gdzieś pomiędzy. Nawet nie wiem dokładnie jak to jest z tym podziałem…

To zależy kto dzieli. Jedna z klasyfikacji przyjmuje, że X to 1965 – 1976, 1976-1990 to Y, a po 1990 to Z.

Czyli z urodzenia jestem Y, bo 1987r, staram się być Z, ale chyba już nie nadążam za tą młodzieżą. Z kolei zawsze miałem kontakt z pokoleniem X, chociażby przez to, że wychowałem się na starszej muzyce. Harcerskie wychowanie sprawiło, że mam w sobie wzorce postaw wypracowane przez starsze pokolenia.

Właśnie, młodsze pokolenia kojarzą się jako mniej zaangażowane społecznie. Między Tobą, a większością współzałożycieli FOR jest różnica pokolenia, jesteś jednym z najmłodszych członków, a jednak jesteś też harcerzem, żeglarzem, społecznikiem – aktywnym w wielu organizacjach.

Tak i muszę powiedzieć, że mimo różnicy wieku dobrze czuje się w grupie FOR. Pracuję w CRIS, w Superfundacji, działam w radzie dzielnicy, udzielam się w drużynie harcerskiej i wielu różnych klubach żeglarskich. Przewinąłem się przez wiele organizacji jak Żeglowanie bez barier czy Ocean marzeń oraz ośrodków pomocy społecznej.

Czy to wynika jakoś z Twojego wykształcenia? Bo oprócz tego, że jesteś politologiem, jesteś też rehabilitantem?

Opiekunem osób niepełnosprawnych. Na fizjoterapii i rehabilitacji się nie znam. Uczyłem się jak opiekować się osobami niepełnosprawnymi i starszymi.

Ja poszukiwałem swojej ścieżki. Po praktykach w ośrodku pomocy społecznej stwierdziłem, że to jednak nie jest to, że może raczej wolałbym pracować z niepełnosprawnymi. Spędziłem trochę czasu w warsztatach terapii zajęciowej, ale to też jeszcze nie było to. Dopiero w CRIS-ie znalazłem swoje miejsce. Ale choć długo poszukiwałem, zawsze byłem aktywny, chciałem coś robić, coś zmieniać, czuć się potrzebnym. A wyniosłem to z drużyny harcerskiej.

 kj zamyśłony

Od dawna jesteś w harcerstwie?

Od września 1998r.,kiedy po raz pierwszy, jako 11-latek, pojawiłem się na zbiórce. Ale najsilniejszą więź z Drużyną poczułem w 2004r, kiedy po raz pierwszy wypłynąłem na morze. Wtedy poczułem, że to chcę robić – szkolić się w żeglarstwie i  dzielić się tą wiedzą.

Wracając do opieki nad osobami niepełnosprawnymi – wybrałeś taki zawód z nadzieją, na znalezienie pracy, czy była to potrzeba podyktowana jakąś sytuacją życiową?

Tak szczerze, to otrzymywałem wtedy jeszcze rentę rodzinną po moim tacie i musiałem się uczyć, żeby jej nie stracić. Szukałem kierunku z bezpłatnymi szkoleniami, a że praca technika informatyka czy referenta nigdy mnie nie pociągała, wybrałem to, co było mi najbliższe. I nie żałuję, bo bardzo dużo się tam nauczyłem. Bardzo dużo wyniosłem szczególnie z praktyk. Ukończyłem też później trzystopniowy kurs języka migowego. Dzięki tym doświadczeniom trafiłem do Superfundacji.

Podobno posiadasz bogate doświadczenie zawodowe?

Zacząłem pracować w wieku 17 lat. Na budowie. Zacząłem pracować dlatego, że nie było mnie stać na to, żeby opłacić rejsy i obozy żeglarskie. Dlatego w 2. klasie liceum poszedłem w wakacje kopać rowy, wspinać się po dachach i rusztowaniach, nie całkiem legalnie, oczywiście. Początki były ciężkie, bo pracowałem za 4 albo 4,5 zł na rękę – po pierwszej wypłacie czułem się, jakby mi szef splunął na tę rękę, ale zacisnąłem zęby i pracowałem dalej, żeby ten tysiąc złotych zarobić. Przepracowałem połowę czerwca, cały lipiec, a w sierpniu mogłem popłynąć w wymarzony rejs, na który sam zarobiłem.

I potem co roku pracowałem sezonowo, a na studiach już łączyłem pracę ze szkołą. Koledzy się śmieją, że gdybym wpisał w CV te wszystkie prace, które wykonywałem, to byłoby tego kilka stron. W wieku 19 lat kładłem bruk pod teatrem. Mogę śmiało powiedzieć, że jedna szósta schodów i parkingu przed TZR to moja robota – oczywiście ta prosta część, nie ta krzywa! [śmiech] Murowałem domy w firmie budowlanej, wieszałem banery w firmie reklamowej, kosiłem trawę w Eko i obsługiwałem w McDonaldzie – pracowałem, gdzie się tylko dało. Później, kiedy rozwinąłem się żeglarsko, zacząłem zarabiać szkoląc młodzież.

A to wszystko po liceum ogólnokształcącym…

Tak, LO nr II w Rybniku im. Frycza Modrzewskiego.

A potem studia w Katowicach?

Tak. Politologia, specjalizacja – polityka społeczna. Też trochę przypadkiem, bo chciałem iść na specjalizację europejską, na stosunki międzynarodowe, ale nie było mnie na wykładzie, na którym ludzie się zapisywali, bo byłem w pracy… Została mi tylko polityka społeczna, czego też nie żałuję, wręcz się cieszę. Poznałem wiele fajnych osób, nauczyłem się wielu ciekawych rzeczy, m.in. o samorządach, co bardzo przydało się np. w Forum Obywateli Rybnika przy kampanii wyborczej.

A wybrałem politologię, bo od gimnazjum interesowałem się historią. Miałem świetnego nauczyciela, który wpoił mi tę miłość. W liceum zaczęła mnie interesować Wiedza o Społeczeństwie, historia najnowsza, to co się działo dookoła. To doprowadziło mnie do polityki społecznej i jestem szczęśliwy z tego powodu.

Kiedy robię sobie taki rachunek sumienia, myślę, że może wiele było w moim życiu przypadków, nie do końca świadomie podjętych decyzji, ale się cieszę, że poszedłem w tę stronę. Nie zmieniłbym tego.

kj i poezje

To, co opowiadasz, układa się w życiorys uważany za typowy dla pokolenia: podejmowanie różnych prac, przysłowiowy już McDonald’s i politologia jako kierunek, po którym kończy się na stacji benzynowej albo na kasie w markecie…

I z tym się całkowicie nie zgadzam! To jest absolutna nieprawda, że po politologii ludzie nie mają pracy! Po politologii ludzie są bardzo szeroko wykształceni. Jest tylko taki problem, że w trakcie studiów trzeba się wyspecjalizować. Mam wielu znajomych ze studiów, którzy znaleźli dobre prace. Bo to jest na tyle szeroki kierunek, że jeżeli się nie wyspecjalizujesz, to rzeczywiście idziesz na stację benzynową albo do McDonalds’a. Zresztą też mogłem zostać menadżerem McDonalds’a – i pewnie też by było całkiem fajnie. Ale zacząłem zgłębiać temat organizacji pozarządowych, politykę społeczną, nabywać praktyki – bo sama wiedza wykuta z książek nic nie da. To trzeba łączyć z zawodem. Dlatego uważam, że to jest świetny kierunek, bardzo rozwijający i polecam go. Jest zapotrzebowanie na politologów, ale na dobrych, świadomych politologów.

A co to znaczy „dobry politolog”?

Faktem jest, że to nie są wymagające studia. Trudno było się na nie dostać, ale kiedy już ktoś się dostał, trzeba było się bardzo postarać, żeby zostać z nich wyrzuconym. Śmialiśmy się, że trzeba by przynieść chyba akt zgonu, a i tak jeszcze pewnie kręciliby nosem, żeby nas wypisać. Dlatego wiele osób te studia „olewa”. Robią studia tylko po to, żeby mieć tytuł magistra, a nie zgłębiają tematu. Mnie pierwszy rok zachwycił – dzięki filozofii, dzięki doktrynom i dzięki profesorom, którzy otwierali nam głowy, burzyli światopoglądy i budowali je na nowo. Dobry politolog to taki, który zgłębia wiedzę i sprawdza ją w praktyce.

Politologia kojarzy się z dziedziną, która ukierunkowuje typowo na politykę.

Tak, wielu moich znajomych poszło do partii, mnie to nigdy nie interesowało. Ale to też jest pewien mit, bo świadomy, dobry politolog tak naprawdę nigdy nie wiąże się z polityką. Jest daleki od polityki – obserwuje, przewiduje, patrzy z boku i jak najmniej stara się być w środku. Jest w tym coś z dziennikarstwa: obserwowanie, komentowanie, zwracanie uwagi na niepokojące czynniki. Politolodzy są tymi, którzy wypowiadają się, jakie będą konsekwencje danych działań politycznych. Bycie w środku polityki niszczy politologa, zamyka mu umysł, ukierunkowuje go i to jest najgorsze. Nigdy nie byłem lewy ani prawy, zawsze szukałem tego środka, żeby rozumieć każdą stronę. Wyciągać, co jest w tym dobre, co jest w tym złe i krytykować wszystkich. Tego nauczył mnie jeden z moich wykładowców, zresztą kontrowersyjny, Marek Migalski. On prowadził z nami zajęcia w taki sposób, że przez półtorej godziny kłóciliśmy się z doktorem Migalskim, a potem jeszcze przez godzinę przed uniwersytetem między sobą – takie stawiał nam prowokacyjne tezy. Nie mogliśmy przeżyć, jak on śmiał postawić niektóre tezy, a on robił to celowo, żeby otworzyć nam głowy, żeby prowokować do myślenia. I to mnie nauczyło, żeby nigdy nie zakładać sobie klapek na oczy, nie myśleć jednotorowo, tylko spróbować dostrzec również inne punkty widzenia, zrozumieć, dlaczego druga strona inaczej myśli.

To ma też gorsze strony: moja dziewczyna oburza się na mnie, że staję przeciwko niej, kiedy próbuję wytłumaczyć jej punkt widzenia kogoś, na kogo jest z jakiegoś powodu zła [śmiech].  A ja tylko próbuję wytłumaczyć, dlaczego ta druga strona tak postąpiła, co nią kierowało. Że być może ta osoba wcale nie próbuje robić mi na złość, tylko po prostu inaczej myśli.

Jesteś politologiem, który ma to szczęście, że wiedza i doświadczenie wyniesione z uniwersytetu teraz się przydają. Patrząc na Twój życiorys, można zauważyć, że składa się w konsekwentną całość. 

Staram się łączyć doświadczenia. Wydaje mi się, że nie robiłem niczego w życiu bezsensownie. Zawsze, kiedy czegoś się podejmowałem, nawet jeżeli wydawało mi się to abstrakcyjne, to starałem się wynosić z tego coś więcej. Nawet z pracy w McDonald’sie – np. system pracy. Z każdej znajomości, rozmowy staram się wyciągnąć coś pożytecznego. Nawet głupiemu może się zdarzyć, że powie coś mądrego i trzeba umieć to docenić.

Aktualnie Twoje doświadczenia pożytkujesz w Centrum Rozwoju Inicjatyw Społecznych. Czy to była praca znaleziona od razu po studiach?

Nie. Jeszcze podczas nauki bardzo długo pracowałem w Sphinksie, potem w Siouksie. Po studiach pojechałem za dziewczyną do Warszawy i tam szukałem pracy w zawodzie. Szukałem długo, nie mogłem znaleźć, zacząłem wątpić w siebie i postanowiłem wrócić do gastronomii. W restauracji Sioux w Warszawie przy Marszałkowskiej, jako menadżer przeżyłem Euro 2012 – mnóstwo ludzi, codziennie po kilkanaście godzin w pracy. Potem postanowiłem pojechać do Niemiec – przez miesiąc pracowałem po 14 godzin w fabryce kominków, przywiozłem stamtąd dużo oszczędności, ale trochę zepsuły mi się relacje towarzyskie i musiałem wrócić do Rybnika. Zacząłem remont mieszkania i wtedy ujawniły się moje problemy z kręgosłupem.

Jakaś wada wrodzona, czy nabyta wraz z doświadczeniami zawodowymi?

Pół na pół. Coś musiało być z nim nie tak, ale najbardziej zaszkodziła mi praca fizyczna: niekontrolowana postawa i ruchy. Pierwszy raz strzelił mi kręgosłup w wieku 15 lat, podczas spływu rzeką Rudą, kiedy przenosiliśmy kanadyjki. Potem się to pogłębiało, miałem bóle w łydce, żaden lekarz nie potrafił mnie zdiagnozować, aż doszedłem do tego, że zacząłem, za niektórymi lekarzami,  traktować to jak ból urojony. Dopiero po jakimś czasie, kiedy poszedłem do kręgarza, wyszło na jaw, że wszystko bierze się z kręgosłupa.

I to okazało się po powrocie do Rybnika?

Właśnie po tym remoncie dostałem ataku rwy kulszowej i przez pół roku praktycznie nie mogłem chodzić, a w konsekwencji podjąć żadnej pracy. Czas wycięty z życiorysu. Lekarze mnie po kolei badali, czekałem na wyniki badań, diagnozy, aż okazało się, że w grę nie wchodzą już żadne rehabilitacje czy leczenie, tylko operacja. W styczniu 2013r. przeszedłem operację, w lutym rehabilitacje, na wakacje stanąłem na nogi. No, w maju był jeszcze tygodniowy rejs…

kj morze

Ale w pełni sprawny nie jestem i właściwie już nie będę. Orzeczenie mam czasowe, ale muszę uważać, bo to nie jest tak, że się zagoi i będzie dobrze, tylko mogę co najwyżej swój stan pogorszyć.

Po wakacjach wróciłem z Mazur i od października poszedłem na półroczny staż do CRIS-u. W ostatnim miesiącu go przerwałem, bo pojawił się projekt, w którym zostałem zatrudniony. I tak zacząłem pracę w CRIS-ie. Poczułem, że robię coś naprawdę ważnego. Ludzie super, cały czas coś się dzieje i jest duża elastyczność czasu pracy. Ciągle poznaję nowych ludzi, uczę się czegoś nowego. Praca w CRIS-ie ma jeszcze tę zaletę, że przechodzi się co jakiś czas do nowego projektu, nie ma monotonii. Mam kontakt z ludźmi i czuję, że wielu osobom pomagam się rozwijać.

W realizacji jakich przykładowych projektów uczestniczysz?

W tej chwili mamy np. w ramach Funduszu Inicjatyw Obywatelskich  „Śląskie lokalnie”. To jest regranting: my napisaliśmy do Ministerstwa duży projekt w konkursie i otrzymaliśmy dofinansowanie na rozdawanie dotacji organizacjom i grupom nieformalnym z całego Śląska: początkującym  na rozwój i doposażenie np.  na komputer, drukarkę, stronę WWW. Te 4 albo 5 tys. to dla takiej młodej organizacji naprawdę duże wsparcie na początek. Dofinansowujemy też grupy nieformalne działające na rzecz lokalnych społeczności. W tym roku miałem 40 takich grup i każda robiła coś innego: seniorzy, sportowcy, niepełnosprawni – byle mieściło się to w sferze pożytku publicznego. Ja jestem opiekunem tych grup – pomagam, doradzam, pilnuję, żeby wszystko zostało zrealizowane. Wymagamy dużo papierów, ale też uczymy, jak je robić. Ktoś, kto realizuje u nas projekt, potem może wnioskować o dużo większe środki w innych miejscach.

Drugi projekt to zlecenie z gminy Czerwionki – Leszczyny na prowadzenie Centrum Organizacji Pozarządowych. Czyli miejsce, gdzie organizacje mogą zakładać swoje siedziby, spotykać się, korzystać z salki szkoleniowej. My organizujemy dla nich szkolenia, doradztwo, pomagamy w bieżącej działalności. Współpracujemy też ze szkołami, organizujemy konkursy, festiwale, rozwijamy organizacje pozarządowe na terenie gminy.

Jestem też doradcą seniorów w projekcie Inkubator Dojrzałej Aktywności. W zeszłym roku był Senior – Wigor. Przychodzą do nas seniorzy, którzy chcą coś robić, potrzebują porady, a my jesteśmy od tego, żeby jej udzielić.

Wspieraliśmy też w tym roku realizację budżetu obywatelskiego w Raciborzu.

Realizując różne projekty, macie do czynienia z całym przekrojem społeczeństwa. 

Tak, naszym zadaniem jest m.in. aktywizować społecznie i zawodowo grupy i osoby zagrożone wykluczeniem.

Czy to jest to, co daje poczucie sensu?

Tak. Chociaż, oczywiście są też dołki. Są wzloty i upadki. Czasem realizujemy projekty, które trzeba spełnić formalnie, spełnić warunki określone wskaźnikami, takimi jak liczba osób na spotkaniach, odpowiednie zatrudnienie osób, ilość kursów, czyli tzw. „twarde” – oraz „miękkie”, takie jak np. to, ile osób rzeczywiście rozwinie się dzięki projektowi. Tymczasem projekt trwa np. rok, niekiedy pół roku, a żeby efekt był widoczny trzeba by pracować z grupą nieraz parę lat. Głównym celem CRIS-u jest kształtowanie postaw obywatelskich, budowanie społeczeństwa obywatelskiego, które samo sobą zarządza, jest samodzielne i zaradne. Gdyby takie społeczeństwo powstało, CRIS nie byłby już potrzebny. Ale do tego jeszcze długa, długa droga. Między innymi dlatego, że projekty trwają za krótko. Wystarczają na rozpoczęcie procesu, ale to nie gwarantuje sukcesu. Czasami pisze się projekt, a w trakcie jego realizacji okazuje się, że nie da się go z jakichś powodów zrealizować. Czasem jest za wcześnie, trzeba najpierw zacząć od podstaw, przygotować grunt pod projekt. A potem jedne grupy działają dalej, inne przestają istnieć – i to jest ten dół. Ale jak powiedział jeden z moich idoli, Piotr Pawłowski, „nie można narzekać, że jest pod górę, jeśli się idzie na szczyt”. I tego się trzymam.

Ale satysfakcje też są?

Tak, są. Jako CRIS współpracowaliśmy np. przy realizacji kilku projektów w Czerwionce – Leszczynach, głównie przy rewitalizacji osiedla familoków.

Rewitalizacja kojarzy się z odnawianiem budynków – przydały się twoje doświadczenia z prac sezonowych?

No właśnie! Tam udało się przeprowadzić remont i prawdziwą rewitalizację, czyli za odnową, budynków, chodników, utworzeniem placów zabaw szła rewitalizacja społeczna. CRIS razem z Ośrodkiem Pomocy Społecznej, z harcerzami z hufca w Czerwionce pracował nad aktywizowaniem ludzi, żeby czuli się tam u siebie. Jeden z  projektów polegał na zbudowaniu modelu współpracy organizacji pozarządowych z gminami i tak powstało Centrum Organizacji Pozarządowych.

Jak wygląda takie aktywizowanie społeczności?

Na przykład poprzez animację. Najpierw spotykamy się z grupą projektową, kilkunastu osób, z którymi rozmawiamy o ich miejscu. Tworzymy diagnozę z ich perspektywy. Mapę zasobów: co jest fajne, co można wykorzystać, co nie jest fajne, a co jest złe. I tworzymy pomysły na inicjatywy. W Czerwionce mieliśmy określone pule, mówiliśmy mieszkańcom, że mamy taką, a taką kwotę i mogą ją wydać na co chcą. A potem te grupy same realizowały te inicjatywy. My jesteśmy tylko takimi „dobrymi duchami”, które im pomagają, doradzają i pilnują, żeby to wszystko dobrze rozliczyć. W takiej sytuacji taka grupa zaczyna czuć się ważna, potrzebna dla danej społeczności, chce dla tej społeczności działać.

Co takie grupy robią – na przykład?

U nas stworzyła się np. grupa aktywnych kobiet, które zajęły się rękodziełem. Ta grupa dalej działa – nie tylko tworzą, ale też odwiedzają szkoły i uczą: wyszywania, szydełkowania, tworzenia z wikliny papierowej itd. Obecnie pomagamy stworzyć stowarzyszenie działające na rzecz stworzenia z tego osiedla familoków tzw. „drugiego Nikiszowca”, zobaczymy jak to wyjdzie.

Oprócz tego ogłosiliśmy konkurs „Odpicuj sobie plac”, gdzie sąsiedzi mogli złożyć do nas wniosek o środki na odmalowanie sobie klatki, odnowienie ogródka – na zagospodarowanie terenu wokół swojego familoka. To chyba było 1500zł. I sąsiedzi nieraz dopiero się poznawali, a potem razem pracowali. Dostawali farby, pędzle, narzędzia, ZGM pomagał przy cięższych tematach, a ludzie sami wykonywali prace.

To kiedyś, zdaje się, funkcjonowało pod nazwą „czynu społecznego”?

Tak, wszystko ma teraz nowe nazwy. Tak jak harcerskie biegi na orientację to są teraz „questingi”. To wszystko gdzieś tam wraca z nową nazwą, w nowej formule, odświeżone, ale to działa. Jeżeli ktoś sam zadba o swoje otoczenie, włoży w to pracę, to potem tego pilnuje, dba, żeby jak najdłużej służyło – i to jest w tym najważniejsze.

Czyli zasiewacie ziarno i patrzycie jak rośnie?

Trochę tak. Po skończeniu projektu, oczywiście, przechodzimy do kolejnych i nie ma już czasu na obserwowanie tych efektów, ale jednak sentyment pozostaje i każdy stara się choć raz na jakiś czas zajrzeć do znajomych tych grup, jak działają. I kiedy działają, kiedy to rośnie, to jest zawsze budujące.

Wspomniałeś, że pracy dla CRIS-u w najbliższym czasie raczej nie zabraknie. Co, Twoim zdaniem, jest przyczyną tego, że budowa społeczeństwa obywatelskiego w Polsce ciągle napotyka na opór?

Po pierwsze mamy bardzo duże rozwarstwienie społeczne. Gdzieś zaniknęła klasa średnia, pozostał podział na bardzo bogatych i dużo biedniejszych. Za piramidą Maslowa – jeśli ktoś nie ma na podstawowe potrzeby, na jedzenie, na czynsz, to nie myśli o tym, żeby robić coś dla kogoś. Młodzież jest zapatrzona w smartfony, a nie dookoła, na ludzi. Chociaż głosowanie na budżet obywatelski w tym roku pokazuje, że młodzież potrafi się ruszyć. Ale ciągle jednak wymaga motywowania. Ogólnie jako społeczeństwo polskie zaczęliśmy się na siebie zamykać. A do tego ciągle narzekamy. Jeśli coś jest złe, to zmieńmy to! Wspólnie.

KJ smile

Wspominasz o młodzieży: masz stały kontakt z młodymi ludźmi w pracy: naprawdę jest tak, że są tacy oderwani od rzeczywistości?

Oczywiście nie do końca. Ja pracuję głównie z aktywną młodzieżą, z ludźmi, którym coś się chciało, np. z harcerzami. Ale pamiętam inny projekt ze szkół w Czerwionce, z którego moje wnioski są takie, że młodzież też jest podzielona. Zawsze są aktywni, którzy mają przerąbane, bo robią wszystko i są zawaleni obowiązkami. Gale, konkursy, mnóstwo nauki, zajęcia dodatkowe, do tego są wykorzystywani do różnych drobnych działań i wiele osób, widząc to, woli stać z boku i się przyglądać. I taki, wydaje mi się jest podział: albo ktoś jest aktywny i na nic nie ma czasu, albo siedzi przed komputerem i nie robi nic. Przy czym ci aktywni z reguły mają też lepsze oceny, niż pozostali.

Nie uzależniałbym tego podziału od sytuacji materialnej. Najlepszym tego przykładem są podopieczni Stowarzyszenia „17-tka”. Wiadomo, jaki jest stereotyp Boguszowic – myślę, że wychowankowie „17-tki” ten obraz odmienią.

Zmieńmy temat: jak Ty wspominasz początki FOR?

Chyba ponad pół roku przed powstaniem FOR, zanim zacząłem pracować w CRIS-ie, na spotkaniu ze znajomymi poznałem Piotra Masłowskiego. Skądś doszły mnie plotki, że myśli o kandydowaniu na prezydenta miasta i zapytałem go o to. Bardzo się zdziwił, ale przyznał, że myśli o tym. Mnie nie podobało się to, co wtedy działo się w Rybniku. Widziałem, że tamtej władzy zabrakło już pomysłów i energii. A zawsze chętnie poznaję osoby, które mają aspiracje do tego, żeby sprawować jakąś władzę, żeby dowiedzieć się, co mają w głowach, jakie wizje. Rozmowa z Piotrem Masłowskim wzbudziła moje zainteresowanie jego pomysłami. Później, po wyjściu ze szpitala pojawiłem się na spotkaniu, na którym Piotr ogłosił znajomym, że myśli o starcie w wyborach samorządowych. Po śmierci senatora Motyczki pomagałem w wyborach uzupełniających do senatu, które były dla nas takim poligonem doświadczalnym przed wyborami samorządowymi. Potem były kolejne spotkania, a jedno z nich okazało się spotkaniem założycielskim Forum Obywateli Rybnika.

W FOR-ze spotkało się mnóstwo ciekawych ludzi, z każdego spotkania wynoszę nowe spojrzenie na miasto – a bardzo lubię rozmowy o mieście. O tym, co się dzieje, o pomysłach na to, jak coś poprawić, zmienić.

Rozmawiamy w czasie, kiedy trwa głosowanie na budżet obywatelski[1]. FOR zgłosiło swój ogólnomiejski projekt „not FOR smog”, a Ty wraz z drużyną harcerską projekt stanicy żeglarskiej nad Zalewem Rybnickim. Nie jesteś rozdarty?

Jestem rozdarty, ale tylko trochę. Oczywiście, że projekt FOR-u jest dla mnie ważny i potrzebny – sam temat smogu jest bardzo istotny i  wymagający nagłaśniania. I obserwuję, kibicuję, żeby ten projekt osiągnął w głosowaniu dobry wynik, ale żeby to był jednak drugi wynik…

O stanicę żeglarską walczę od lat, i wciąż jest to moje niespełnione marzenie. Parę lat temu nawiązaliśmy kontakt z Piotrem Stenką, który chciał podarować nam dziewięciometrowego, drewnianego Wielkiego Trenera. Pojawiły się wątpliwości, czy damy radę – a ja od początku przekonywałem, że damy. Przyjęliśmy łódź i okazało się, że trener jest szerszy, niż wjazd do naszego hangaru i nie pomieścimy sprzętu. Na jednym ze spotkań padło, że musimy wybudować drugi hangar. Zadzwoniłem do przyjaciela – żeglarza, który z zawodu jest architektem i zapytałem, czy może nam pomóc. Wysłałem mu zdjęcia, plany, materiały, propozycje i otrzymałem odpowiedź, że nie ma sprawy, on nam pomoże, tylko czy to musi być takie brzydkie?…

Projekt powstał, rozwijał się, napisaliśmy wniosek w ramach inicjatywy lokalnej do Urzędu Miasta, ale przepadał. Od poprzednich władz słyszałem mnóstwo zachwytów nad pomysłem, nad projektem, mnóstwo obietnic, że trafi do budżetu miasta i sugestii, żeby nie ogłaszać tego publicznie, bo prezydent Fudali będzie chciał to zgłosić jako swój projekt. Wyszukiwałem dotacje, w które projekt by się wpisywał i  chodziłem do urzędu, mówiąc, ze pomogę napisać wniosek – ale dla władz miasta nigdy nie było to priorytetem. Przez ten czas projekt rozrósł się w takim stopniu, że musieliśmy go okroić tak, żeby zmieścić się w kwocie 1 mln zł z budżetu obywatelskiego. Czyli żebyśmy mieli normalne toalety i miejsce do organizowania obozów i spotkań zimą. A później będziemy szukać środków na dalszą modernizację. Ale już nie z budżetu obywatelskiego – damy szansę innym. Jestem przekonany, że jak już będziemy mieli to minimum, to dalej będzie się rozwijać dużo łatwiej.

Projekt został zgłoszony jako ogólnomiejski – na ile planujecie udostępniać stanicę mieszkańcom Rybnika?

To jest dobre pytanie. Już w tej chwili jest to teren miejski, teren użyteczności publicznej i jest dostępny dla mieszkańców. Co prawda ogrodzony, bo mamy tam dużo cennego sprzętu, ale jeżeli ktoś chce do nas przyjść albo skorzystać ze stanicy – nie ma problemu. Właścicielem jest miasto, a hufiec jest zarządcą. Odwiedza nas wiele organizacji, ostatnio np. były dzieci z „17-tki”. Podczas Music &Water Festival udostępniliśmy teren kitesurferom. To się nie zmieni. Trzeba tylko przestrzegać regulaminu stanicy – np. nie ma mowy o imprezach z alkoholem. Ale co sobotę tam jesteśmy – zapraszamy. I nie trzeba być harcerzem, żeby przychodzić na zbiórki – nikt nie dostaje na bramie deklaracji do podpisu.

Jeszcze tylko jedno pytanie: jak widzisz przyszłość FOR w Rybniku?

Uważam, że FOR czeka dobra przyszłość. To jest mocna ekipa specjalistów. Wiadomo: każdy jest zapracowany, nie zawsze mamy czas i nigdy nie będziemy działać jak w pełni zorganizowana firma – bo to też nie ma być firma. To jest zrzeszenie ludzi przejętych tym miastem, działających na rzecz tego miasta, którzy chcą wspólnie coś wypracować, bo zawsze grupa jest silniejsza niż jednostka. Może nie jesteśmy bardzo zauważalni, ale wypracowujemy nowe pomysły i wpływamy na to miasto.

Na chwilę obecną nie podejmę się wróżenia wyniku następnych wyborów, bo jeszcze wiele może się zmienić. Również w polityce ogólnopolskiej. Trudno też powiedzieć, co będzie się działo z BSR, bo to w dużej mierze będzie zależało od zdrowia lidera. A FOR będzie się rozwijał. To, co stworzyliśmy dwa lata temu, to był duży sukces, bo w ciągu pół roku, z niczego, stworzyliśmy solidną markę. Ale też nie uniknęliśmy wielu błędów. Teraz, w kolejnych wyborach będziemy dużo mądrzejsi, lepiej zorganizowani i rozpoznawalni, niż w poprzednich, chociaż będą one wyzwaniem.  Myślę, że za dwa lata FOR będzie miał nie jednego radnego, ale kilku.

Co do prezydenta, uważam, że Piotr Kuczera już zrobił dla miasta dużo dobrego. Oczywiście, można mieć zastrzeżenia, ale uważam, że jeżeli będzie dalej tak działał w tej kadencji, to zasłuży na kolejną i myślę, że FOR go wesprze. Ale podkreślam, że tu jeszcze wiele rzeczy może się wydarzyć. A jako że uważam, że prezydent miasta powinien rządzić maksymalnie dwie kadencje, to  mam nadzieję, że za osiem lat prezydent i większość radnych będą wywodzić się z FOR. W taką przyszłość wierzę.

Czego życzy się żeglarzowi?

Dobremu żeglarzowi życzy się silnych wiatrów, bo dobry żeglarz sobie z nimi poradzi. Nie życzy się pomyślnych, czy nie daj Boże słabych, bo to jest obraza dla jego umiejętności.

No to dziękuję i życzę silnych wiatrów.

Dziękuję.

Rozmawiał: Krzysztof Oleś

 

 

[1] Rozmowa miała miejsce 15.09.2016r. (projekt stanicy przegrał z projektem tężni w Rybniku – Paruszowcu)

  • Udostępnij wpis
Poprzednie Wpis Następne S5