Access Token not set. You can generate Access Tokens for your Page or Profile on fb.srizon.com. After generating the access token, insert it on the backend

1

Rozpoczynamy cykl wywiadów, mający na celu przybliżyć rybniczanom sylwetki osób działających w Forum Obywateli Rybnika. Na początek rozmowa z jednym z „ojców założycieli” stowarzyszenia i jego przewodniczącym.

Mariusz Wiśniewski: człowiek, któremu rybniczanie zawdzięczają Zespół Placówek Wsparcia Stowarzyszenia „17-tka” i wszystko co z nim związane: dziecięcy klub „17-tka”, klub „Maszkeciarnia”, program „Ekipa z placu”, „Rybnicki Bank Drugiej Ręki” i Klub Integracji Społecznej „SR”. Od 2003 do 2015 roku przewodniczący Rady Dzielnicy Boguszowice Osiedle. Współzałożyciel i przewodniczący Forum Obywateli Rybnika. Od grudnia 2014r. członek Rady Miasta Rybnika. Stanowczy przeciwnik używania formy „pan” między członkami FOR – nawet na potrzeby wywiadu.

 

Do ilu stowarzyszeń, organizacji i instytucji należy Mariusz Wiśniewski?

Jedno stowarzyszenie to „17-tka”, której jestem założycielem, drugie to Forum Obywateli Rybnika. Należałem kiedyś do NSZZ „Solidarność”, działam w radzie dzielnicy i miasta, jestem w Interdyscyplinarnym Zespole ds. Zapobiegania Przemocy, przewodniczę Komisji ds. Bezpieczeństwa przy Radzie Miasta Rybnika, należę do kolegium partnerskiego Fundacji „Wspólna droga”, byłem – jako przedstawiciel „17-tki” członkiem Ogólnopolskiej Sieci Organizacji Streetworkerskich. To chyba wszystko… Aha! byłem kuratorem społecznym i opiekunem prawnym osób ubezwłasnowolnionych. Ale w dwu ostatnich przypadkach jest to wyjątkowo czasochłonne i odpowiedzialne zajęcie, bo bierze się odpowiedzialność za drugiego człowieka. Dlatego zrezygnowałem z tych funkcji.

Oczywiście „17-tka” jest Twojemu sercu najbliższa?

To jest moje dziecko! Od 2002 roku stała się ważną częścią mojego życia. Pochłania nie tylko mój czas, ale też coraz silniej wciąga mnie emocjonalnie.

Jak powstała „17-tka”?

Zaczynała jako niewielkie stowarzyszenie prowadzące tzw. placówkę wsparcia dziennego, czyli świetlicę środowiskową dla dzieci ze środowisk najuboższych oraz z rodzin z problemami, głównie alkoholowymi. Powstała głównie po to, by usprawnić system. Gminy mają ustawowy obowiązek prowadzenia takich placówek. W Rybniku realizowano go od lat 90-tych w ramach tzw. ognisk wychowawczych. Kiedy dyrektorem Zespołu Ognisk Wychowawczych został mój przyjaciel z ławy szkolnej, Jarek Pydyn, zaproponował mi pracę w takiej świetlicy, postawił tylko warunek: dzieci musi być więcej. Kiedy trafiłem do tej świetlicy na „Pekinie”, 12-tysięcznym osiedlu słynącym z problemów, uchodzącym za „czarną plamę” na mapie Rybnika, było w niej 17 dzieci. Po roku było nas 40, po dwóch latach 70, a do dyspozycji mieliśmy pomieszczenia o powierzchni około 30m kw. Działo tam się wtedy coś niesamowitego, ale stwierdziłem, że system jest niewydolny. Był to czas likwidowania niektórych szkół podstawowych i wprowadzania gimnazjów. Taki los czekał SP 17, w której pracowałem. Zaproponowałem rodzicom z tej szkoły założenie stowarzyszenia, które zajmowałoby się opieką nad dziećmi i współpracą z miejską placówką wsparcia.

Czyli nazwa stowarzyszenia pochodzi od numeru szkoły?

Tak, żeby coś z tej szkoły 17-tki pozostało, postanowiliśmy zachować ją w nazwie. Zresztą: 17 było nas na pierwszym walnym zebraniu i było to 17. czerwca. Dzięki przychylności wiceprezydenta, Józefa Cyrana, otrzymaliśmy pomieszczenia w szkole, dawne mieszkania służbowe. Podstawowy remont wziął na siebie Urząd Miasta, ale np. bardzo zależało mi na prysznicach  – kiedy u dziecka w domu bywa źle, czasem brakuje nawet ciepłej wody, więc gdzieś się musi umyć – dlatego musieliśmy pozyskać sponsorów. Pomogło nam wtedy wiele osób prywatnych. Kiedy zaczynaliśmy, chodziłem po ludziach, po firmach jeszcze jako osoba prywatna, a jednak wiele osób mi zaufało. Po 5 miesiącach od przekazania pomieszczeń, wprowadziliśmy się do w pełni wyremontowanego i wyposażonego zgodnie z naszymi potrzebami lokalu. Do dzisiaj traktuję to jako znak Opatrzności.

Ale „17-tka” to nie tylko świetlice środowiskowe?

Z czasem nasza działalność zaczęła wykraczać poza typowe zajęcia świetlicowe. Wymuszało to życie: np. na osiedlu żyła spora grupa młodzieży, która nie akceptowała pomocy instytucjonalnej. Bo nie dość, że szkoła stawiała przed nimi obowiązki, to świetlica również – trzeba odrobić lekcje, zadbać wokół siebie o porządek itd. W „17-tce” przygotowuje się np. wspólnie posiłki i wspólnie się po nich sprząta. Obowiązki, obecność wychowawcy, konieczność podporządkowania sie zasadom nie wszystkim odpowiadała, więc pewne osoby do nas nie trafiały, a wolały spędzać czas na podwórkach, w bramach, na przystankach. Wysłałem wtedy nową, bardzo zaangażowaną woluntariuszkę razem z koleżanką na półroczne warsztaty streetworkerskie organizowane przez Fundację „Wspólna droga”. Kiedy wróciła, rozpoczął się rybnicki streetworking.

Na czym polega streetworking?

Jest to „praca na ulicy”, czyli w naturalnym środowisku osoby objętej pomocą. Istnieją dwa rodzaje streetworkingu: z dorosłymi – przeważnie z bezdomnymi oraz z młodzieżą. W Polsce rozróżniamy model „warszawski”, w którym wychowawca pracuje przede wszystkim na ulicy i jego praca nie jest nastawiona na „przywrócenie” dziecka opiece „stacjonarnej”, ale pozostawia decyzję dziecku oraz model „katowicki”, gdzie funkcje „pedagogów ulicy” przejmują wychowawcy placówki, czyli prowadzą uliczny nabór potencjalnych uczestników zajęć w placówce. Nam bliższy jest model „warszawski”. On się u nas sprawdza – do tego stopnia, że nasi pedagodzy przenoszą się teraz do innych dzielnic. Streetworker nie ocenia dziecka, nie ingeruje w jego zachowania tak długo, jak tylko to możliwe – oczywiście nie pozwala na łamanie prawa. Nie występuje przeciw dzieciom, nie zgłasza na policję, za to stara się wejść w grupę i stać się jej nieformalnym liderem albo zyskać posłuch. Potem podejmuje próby działań tzw. socjalizujących. Wskazuje alternatywne formy spędzania wolnego czasu, próbuje rozbudzić kreatywność, umożliwia wprowadzanie w życie projektów młodzieżowych albo dziecięcych, wymyślonych przez nich samych. My takich projektów przeprowadziliśmy kilkadziesiąt: grupa dziewcząt robiła biżuterię i ją sprzedawała, chłopcy nakręcili film, na naszym osiedlu jest wiele artystycznych, ładnych graffiti – nie tylko napisów typu „HWDP”. To wynik pracy naszych pedagogów, którzy „skanalizowali” zapędy miłośników malowania na murach – sprowadzili prawdziwych fachowców i przeprowadzili warsztaty. „Grafficiarze” szanują nawzajem swoją pracę, więc odkąd pokryliśmy graffiti gimnazjum nr 5, skończyły się problemy z notorycznym bazgraniem na ścianach. W 2012r. przeprowadziliśmy akcję „Partnerstwo dla zdrowia”. Wzięły w niej udział wielkie międzynarodowe firmy. Goście z zarządów tych firm przyjechali, żeby malować z naszymi podopiecznymi graffiti. To było niesamowite, budujące doświadczenie. Dla nastoletniego chłopaka, który instruował prezesa Biedronki, człowieka zarządzającego firmą wartą miliony, jak powinien malować sprayem, to była olbrzymia satysfakcja. To potwierdza, że projekty streetworkerskie się sprawdzają.

Ale to jeszcze nie cała aktywność „17-tki”?

Zaczął pojawiać się problem, co zrobić z podopiecznymi, którzy „wyrastają” z naszych placówek. Nasze możliwości lokalowe nie były nigdy nieograniczone. Prawo mówiło, że dziecko powinno mieć dostęp do takiej opieki do 16. roku życia, czyli mniej więcej do ukończenia gimnazjum. Ale przekroczenie tego progu nie poprawiało nagle niczyjej kondycji życiowej. Sytuacja w domu też nie ulegała od tego poprawie, a wręcz bywało gorzej. W szkołach ponadgimnazjalnych nie ma stołówek, gminy nie mają przymusu prawnego zapewniania tam posiłków. Taki człowiek mógł więc tylko liczyć na to, że rodzice dostaną pieniądze z OPS-u na wyżywienie, ale przecież wpływu raczej nie miał na to, na co bywały wydawane. Pojawiał się więc problem, który w Europie XXI w. nie powinien mieć miejsca – głód. Stąd zrodził się pomysł, żeby stworzyć kolejną placówkę – tak powstał Młodzieżowy Klub Środowiskowy „Maszkeciarnia”. Prawie 250m2 powierzchni, do urządzenia której Urząd Miasta nie dołożył nawet złotówki – bo nie miał takiego obowiązku. Na szczęście miejscowa spółdzielnia mieszkaniowa udostępniła nam lokal na preferencyjnych warunkach. Spółdzielnia pozbyła się kłopotu – knajpy i nieoficjalnej „dilerni” narkotyków, a zyskała spokojnego i rzetelnego, najemcę. „Maszkeciarnia” od samego początku jest miejscem, do którego młodzi mogą przyjść, wejść do kuchni i zrobić sobie coś do zjedzenia, bez poczucia, że są tutaj klientami. Przez całe lata nie było tam nawet osoby do sprzątania – wszystko młodzież robiła sama. Regulamin funkcjonowania „Maszkeciarni” też układany był z ich udziałem.

MW i grill

I to zdaje egzamin?

W 2010r. pojawiła się grupa, która marzyła o stworzeniu studia nagrań. Wszędzie wyganiano ich z tym pomysłem, a my powiedzieliśmy im: „w porządku, ale wybudujecie je sobie sami i sami będziecie kombinować, żeby je wyposażyć”. Studio powstało w ciągu 2 miesięcy… Chłopcy wzięli udział w konkursie „Dwa bieguny”, który sprawdzał aktywność mieszkańców w dwóch odległych dzielnicach – nie tylko geograficznie, ale i społecznie. Jedną dzielnicą był Ochojec – domy jednorodzinne, ludzie dobrze sytuowani, o wyższej niż średnia sytuacji materialnej. Po przeciwnej stronie Boguszowice Osiedle –zasoby ZGM, mieszkania socjalne, „czarny PR”, największa liczba klientów pomocy społecznej. I okazało się, że aktywność w tych dwóch dzielnicach była nieporównywalna: w Boguszowicach pojawiło się kilkanaście pomysłów, a w Ochojcu wydawało się, że są robione „na siłę”. Jednym z boguszowickich projektów było właśnie studio nagrań. Chłopcy je stworzyli i dbają o nie do dziś. Okazuje się, że wystarczy powierzyć młodym ludziom jakąś odpowiedzialność i oni się ze swoich obowiązków wywiążą. Sprzęt w studio nie jest w ogóle zniszczony – mimo intensywnej eksploatacji. Wszystkie remonty w „Maszkeciarni” robione były również rękami naszych wychowanków – nie stawialiśmy limitu wieku, więc najstarsi mieli nawet po 27 lat i to oni remontowali pomieszczenia. W największej sali jest parkiet. Bałem się, że kiedy przyjdzie zima, zniszczymy go w ciągu jednego roku. Ale jeden z najstarszych podopiecznych powiedział mi wtedy: „niech się pan nie martwi, bydymy nosić papucie”. I w zimie noszą, bo to jest ich miejsce.

Czyli obecnie „17-tka” pracuje nie tylko z dziećmi, ale i z dorosłymi?

Bywa, że widzi się beznadziejność podejmowanych działań. Co z tego, że dzieciak ma opiekę, jest zabezpieczony, „socjalizowany” przez 5, 6 godzin dziennie, skoro potem wraca do domu, który dalej jest toksyczny? W 2008r znów Opatrzność pomogła nam wyjść naprzeciw potrzebom. Rybnickie Centrum Edukacji Zawodowej realizowało projekt „Odziedzicz pracę”, który miał prowadzić do tworzenia Lokalnych Centrum Aktywności. Rozpoczęliśmy współpracę z RCEZ i stworzyliśmy Klub Aktywnej Rodziny, który oferował zajęcia z edukacji rodzicielskiej, szkolenia informatyczne dla rodziców, odbywało się tam przygotowywanie posiłków dla dzieci z naszych placówek. W 2013 ewoluował w pierwszy w naszym regionie Klub Integracji Społecznej „SR”, który również na początku funkcjonował bez wsparcia z gminy – wyłącznie dzięki środkom zewnętrznym.

Skąd pozyskujesz środki na działalność swoich placówek?

Częściowo od sponsorów, choć z tym jest najtrudniej. Sponsoring firm prywatnych to niewielkie źródło w stosunku do potrzeb. Ważna jest dla nich sytuacja marketingowa: łatwiej pozyskać środki np. fundacji pani Anny Dymnej, bo dla jej darczyńców jest to pomoc, która pomaga budować wizerunek firmy. Kiedy ja próbowałem pozyskać wsparcie np. z EDF, z góry stałem na straconej pozycji. Taka firma woli wydać pieniądze np. na działania kulturalne. Pomijając już fakt, że korzystając z pomocy EDF, „reklamowałbym” elektrownię wśród ludzi, którzy nieraz mają problem z regularnym uiszczaniem opłat za prąd…

 Skąd w takim razie bierze się większość Waszych środków?

Na przykład z Urzędu Marszałkowskiego. Z Urzędu Wojewódzkiego, z Regionalnego Ośrodka Polityki Społecznej, z Funduszu Inicjatyw Społecznych. Są fundacje, jak „Wspólna droga” albo Polska Akcja Humanitarna. Takich podmiotów jest wiele. Oczywiście, są fundusze unijne – przez ostatnich 5 lat nasze najpoważniejsze źródło finansowania.

Co trzeba zrobić, żeby otrzymać środki z tych źródeł, wystarczy się zwrócić o pomoc?

Absolutnie nie. To są konkursy – można je wygrać albo przegrać. Posiadamy kilkadziesiąt segregatorów z dokumentacją dotyczącą wygranych konkursów. Ale razem z tymi przegranymi byłoby ich dwa razy tyle. Nasza skuteczność jest coraz większa, obecnie około 75%, ale nie zawsze tak było. Od początku uczyliśmy się na własnych błędach. Wpis do KRS trwał kilka miesięcy, ponieważ nie mieliśmy doświadczenia w pisaniu statutu – zwoływałem walne, poprawialiśmy i wysyłaliśmy do sądu. A pani sędzina akceptowała poprawkę i wskazywała błędy w kolejnym punkcie – i tak kilka razy od czerwca do grudnia, jakby nie można było sprawdzić raz całości… Podobnie było z wnioskami. Na początku na 4 – 5 wniosków przechodził jeden. Ale nie mieliśmy innego wyjścia. O ile przy powstawaniu „17-tki” towarzyszyła nam życzliwość władz miasta, to kiedy pękła ona jak bańka mydlana,  musieliśmy szukać innych źródeł finansowania.

MW io psy

Co się takiego wydarzyło? 

Opieraliśmy się na finansach miejskich. Dotację otrzymywaliśmy w kwartalnych transzach, a rozliczenie każdej transzy było warunkiem przelania następnej. Doszło do takiej sytuacji, kiedy czekaliśmy na przelew, a ze strony Urzędu Miasta zaległa grobowa cisza. Nikt nie chciał odpowiedzieć mi, co się stało. Urzędnicy zasłaniali się brakiem wiedzy i odsyłali do pani wiceprezydent, pani wiceprezydent nie miała dla mnie czasu i tak trwało to około 2 miesięcy – nie zamknęliśmy wtedy placówki nawet na jeden dzień. Był to czas po aferze z pewnym stowarzyszeniem z Żor, którego prezes został oskarżony o defraudację środków, więc atmosfera wokół takich organizacji jak nasza nie była dobra. Po okresie milczenia ze strony Urzędu Miasta, zostałem wezwany do gabinetu pani wiceprezydent, w którym czekała na mnie chyba ze wszystkimi pracownikami ówczesnego Wydziału Polityki Społecznej. Usłyszałem, że jest sprawa dla prokuratora, że pani wiceprezydent czuje się zobowiązana do zgłoszenia popełnienia przestępstwa – a ja ciągle nie wiem o co chodzi! Dalej omal nie zostało powiedziane wprost, że jestem złodziejem i ukradłem pieniądze. I wtedy padła kwota: 97,92 zł – faktura na zakup podręczników szkolnych w rybnickiej księgarni…

Pracowała wtedy w naszej księgowości młoda dziewczyna, która popełniła błąd: dwukrotnie zaksięgowała tę samą fakturę. A ja i jeszcze jeden członek zarządu podpisaliśmy się pod sprawozdaniem – po prostu nie sprawdziliśmy. Pani wiceprezydent najwyraźniej uznała więc, że ukradłem te pieniądze, w dodatku do podziału z księgową i drugim członkiem zarządu. Opowiedziałem o całej sytuacji na spotkaniu zarządu „17-tki”, a zasiada w nim też ówczesny proboszcz tutejszej parafii. Nie powiedział nic, tylko poczerwieniał ze złości. Następnego dnia pojechał do Urzędu Miasta i wypowiedział się, co o tym wszystkim myśli… W efekcie zostałem wezwany do prezydenta Fudalego, u którego pokornie wysłuchałem reprymendy – w końcu była to moja wina. Przeprowadzono też audyt i okazało się, że rzeczywiście jest problem – z fakturą na 97,92zł…

Przelewy odblokowano, ale współpraca z władzami miasta już nie układała się tak, jak przedtem. I trzeba było szukać innych źródeł finansowania.

Jakie wsparcie z miasta otrzymywała wtedy „17-tka”?

W pierwszym roku działalności na 7 miesięcy otrzymałem 63 tys. zł. I to był wtedy cały nasz budżet. W drugim roku to było 130 tys. i stanowiło to już około 75% budżetu. Lata 2004 – 2005 po 130 tys., 2006 – rok wyborczy – 210 tys., 2007 – 180 tys. i tak ta kwota oscylowała wokół 200 tys., „podskakując” w latach wyborczych. Udział dotacji miejskich w naszym budżecie zmniejszał się z roku na rok. Pięć lat temu ten udział wynosił już 50/50. I systematycznie malał.

Jakim budżetem dysponuje teraz „17-tka”?

Około 2,3 mln. złotych. W ubiegłym roku ponad 300tys. z Urzędu Miasta to 14% budżetu stowarzyszenia.

Czyli na pozostałe 86% udało się pozyskać zewnętrzne dotacje?

Trzeba było wystartować w konkursach, napisać projekty, a później rozliczyć się z pieniędzy. Ale to, że udaje nam się coraz skuteczniej o te środki zabiegać, paradoksalnie, zawdzięczamy ówczesnym władzom miasta. Odkąd stosunki między naszym stowarzyszeniem a Urzędem uległy „ochłodzeniu”, moje wnioski do miasta nie mogły mieć słabych stron. Takie darwinowskie warunki nam stworzono i, summa summarum, to nam się opłaciło – dzięki temu byłem bardzo dobrze przygotowany formalnie do kilku późniejszych projektów unijnych. Nie mieliśmy problemu, przed którym w ubiegłym roku stanęła większość rybnickich stowarzyszeń, czyli mnóstwo błędów formalnych.

Od wielu lat zmagasz się z trudnościami, przeciwieństwami, poświęcasz prawie cały swój czas i energię, żeby pomagać ludziom, wśród których żyjesz. Skąd bierze się w Tobie taka potrzeba?

Przede wszystkim nie ośmieliłbym się użyć tu liczby pojedynczej. Na skuteczność „17-tki” pracuje cała grupa osób. Owszem, na mnie spoczywała odpowiedzialność za pisanie wniosków, ale była to tylko jedna z wielu ról w zespole. Niesprzyjające warunki zewnętrzne ten zespół cementowały. Kto nie wytrzymywał, ten odchodził, a ci, którzy zostali, stanowią zwartą, silną i zahartowaną grupę. Potrzeba pomagania bierze się z wielu czynników. Kiedy pracowałem jeszcze w Szkole Podstawowej nr 17 i uchodziłem za „upierdliwego” nauczyciela – sprawdzałem np. czy uczeń czytał lekturę i wyciągałem konsekwencje. Bywało, że ja stawiałem uczniowi „pały” za nieczytanie, a po jakimś czasie dowiadywałem się, że nie czyta, bo nie ma w domu prądu… To zmieniało punkt widzenia. Ja na tym osiedlu wyrosłem, moja mama pracowała tutaj w szkole, tata na kopalni i to było normalne górnicze osiedle. Ale kiedy wróciłem po studiach w 1988r, zauważyłem, że zaczynają się tutaj dziać rzeczy niepokojące. Do tego przez kolejne lata przyczyniła się polityka miasta. Muszę to powiedzieć, chociaż mam ogromny szacunek do obu byłych prezydentów. Boguszowice Osiedle potraktowano jak przysłowiowy dywan, pod który się „zamiata”. Spore zasoby komunalne, w dużej mierze o bardzo niskim standardzie – najłatwiej było przeznaczyć je na tzw. „socjal”, a to powodowało powolną degradację dzielnicy. Dla mnie było to przerażające. Przez pięć lat byłem kuratorem sądowym, pamiętam blok składający się z 60 mieszkań, w którym w 59 mieszkaniach był nadzór kuratorski…

A jednak wiele osób w takiej sytuacji woli akceptować istniejący stan rzeczy albo uciec, chociażby w inne środowisko. 

Kiedy wchodzi się do zrujnowanego domu, zawsze ma się dwa wyjścia: albo szuka się innego, albo bierze się do pracy, żeby przywrócić go do normalności. Dlaczego ja miałbym się stąd wyprowadzać? Ja się tutaj urodziłem, moi rodzice mieszkają tu od 1963r. Tu jest moje miejsce, można je zostawić, a można zacząć coś robić, żeby było lepiej.

Jakie widzisz efekty swojej pracy?

Jest ich wiele. Ja wśród tych „efektów” chodzę na co dzień. Jedna z naszych wychowawczyń była naszą podopieczną, dzisiaj, po studiach, pracuje u nas. Kiedy psują mi się rolety w którymś lokalu „17-tki”, dzwonię do naszego dawnego podopiecznego, który dzisiaj jest właścicielem dużej firmy. Kiedy w ubiegłym roku startowałem w wyborach, swoją strategię konsultowałem z innym moim wychowankiem, który dzisiaj posiada uznaną firmę marketingową. Oprócz tego codziennie widuję wiele dawnych naszych podopiecznych, którzy mieszkają tutaj i wiodą normalne życie. Żałuję, że wielu pozdrawia mnie często aż z Anglii albo Holandii, ale to właśnie ci żywi ludzie obrazują efekty naszej pracy.

Chociaż nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli, nie każdy podopieczny to sukces. W 2014 roku byłem na 9 pogrzebach moich byłych podopiecznych… Oczywiście „byłych” w takim sensie, że już nie korzystali z naszych placówek wsparcia, czy to ze względu na wiek, czy też dlatego, że świadomie zerwali z nami współpracę.

MW i kot

Ile osób przeszło przez ośrodki „17-tki” przez te kilkanaście lat?

Myślę, że w sumie co najmniej 2,5 tysiąca wychowanków, uwzględniając, że niektórzy bywali u nas przez kilka lat.

Jednym z efektów Twojej działalności w Stowarzyszeniu „17-tka” jest szacunek mieszkańców dzielnic, w których działasz i było to widoczne podczas zeszłorocznej kampanii wyborczej. Czy wszyscy kochają Mariusza Wiśniewskiego?

Oczywiście, że nie. Mówiąc o pomaganiu, pamiętać należy, że nie polega ono wyłącznie na dawaniu. Niestety, ten element jest zawsze najbardziej widoczny. W naszych placówkach odbywa się praca dydaktyczna, kursy zawodowe, pomagamy ludziom wejść na rynek pracy – tego nie widać. A to jest nasze podstawowe działanie: uspołecznianie, edukacja. Za to widzi się to, co jest spektakularne – np. paczka dla dziecka na Święta. I co roku przed Świętami mamy ogromny napływ nowych osób, bo „17-tka” „będzie dawać paczki” i mamy próbują zapisać swoje dzieci. Kiedy ktoś widzi tylko dawanie, postrzeganie nas nie jest tylko pozytywne. Podobnie przy organizacji wypoczynku letniego. Wiele razy słyszę: „dzieci pijaków pojadą na wakacje, a ja pracuję, więc moje będą siedziały w domu!”. Wiele osób odbiera to jako głęboko niesprawiedliwe. Grupa, do której adresujemy pomoc, bywa bardzo roszczeniowa. Zdarza się, że przychodzi rodzic naszego podopiecznego i mówi, że wakacyjny wyjazd „należy się jego dziecku jak psu kość”. Tymczasem u nas od zawsze dzieci zbierają w ciągu całego roku punkty – za oceny w szkole, za zachowanie, za wywiązywanie się z obowiązków w placówkach – i w nagrodę są ZAPRASZANE np. na obóz letni, wyjście do kina itp. To samo dotyczy młodzieży w klubach środowiskowych, czy osób z klubu integracji społecznej. Na każdą atrakcję trzeba sobie zapracować. Ale osoby, które widzą tylko tę najbardziej „widowiskową” część naszej działalności, odbierają to nieprzychylnie. Dlatego od lat mam problem: na ile promować w ten sposób stowarzyszenie, żeby przyciągać nowe osoby, a na ile nie chwalić się i przyjąć zasadę „czyny mówią za nas”.

Inaczej mówiąc, są osoby, których szacunek można sobie tylko kupić w dosłownym znaczeniu tego słowa?

Zdarza się nieraz, że ktoś, kto deklaruje miłość dozgonną, w chwili, w której nie otrzyma takiego wsparcia, jakiego oczekiwał, zmienia swój stosunek emocjonalny o 180 stopni. I nie ma wtedy co liczyć na refleksję, że otrzymał pomoc wiele razy – zapamięta tylko to, że raz nie dostał. Przez całe lata uczyłem się, jak nie dać się wykorzystywać, naciągać. W tym roku w prasie pojawiły się informacje, że „17-tka” otrzymała dotację z miasta. W świat poszła wieść: „Wiśniewski dostał”. Gdyby „Wiśniewski dostał”, byłby teraz na Bahamach – przecież to nie są moje pieniądze! Ale przeciętny Kowalski przychodzi do Wiśniewskiego i mówi: „sprawa jest. Nie mam co jeść. Ja to pół biedy, ale dzieci głodne. Panie Mariusz, pożycz”. A Wiśniewski wyciąga portfel i pożycza. I od tego momentu zmartwienia nie ma Kowalski. Zmartwienie za to ma Wiśniewski. A osoba, która pożyczyła, uważa, że przecież on tego ze swojego nie dał, bo on to dostał. To też nie przysparza przyjaciół.

Nawiązując do tegorocznych dotacji z Urzędu Miasta – można odnieść wrażenie, że nie tylko wśród osób oczekujących wsparcia finansowego można znaleźć osoby Ci nieprzychylne.

W trakcie zeszłorocznej kampanii wyborczej słyszałem zarzuty, że próbuję się lansować dzięki biedzie. Była pani wiceprezydent niejednokrotnie mówiła, że wykorzystuję dzieci do celów politycznych. Może to wina mojej „niewyparzonej gęby”. Może nieraz zbyt głośno i dosadnie wyrażałem zdanie na temat sytemu pomocy społecznej w Rybniku. Tego, jak się go naciąga albo za jego pośrednictwem robi rzeczy, które z pomocą społeczną nie mają nic wspólnego. A jak się komuś wejdzie na odcisk, można się spodziewać zemsty.

W tym roku wiele gorzkich słów pod Twoim adresem padło również ze strony posła Janika, który wyrażał oburzenie wysokością przyznanej „17-tce” dotacji z puli na profilaktykę uzależnień.

To prawda. Nie sądzę jednak, że poseł Janik jest najbardziej zagorzałym wrogiem „17-tki”. Owszem, on najgłośniej i najczęściej wyrażał swoje oburzenie. Ale ja nie obawiam się osób, które jawnie i publicznie zabierają głos, nawet krytyczny. Zwłaszcza, że argumenty, których używał poseł Janik, raczej nie szkodziły mnie, a kompromitowały pana posła, dlatego nawet nie starałem się z nimi publicznie polemizować. Obawiam się za to tych, których nie widać, a którzy rozpowszechniają plotki i pomówienia przeciwko „17-tce”. W tym roku zetknąłem się z całą falą donosów, anonimów i pomówień. I to napisanych w sposób zdradzający, że osoba donosząca zna fakty dostępne osobom, które muszą albo musiały mieć styczność z procesem decyzyjnym w Urzędzie Miasta, a nie przeciętnemu rybniczaninowi. I ta osoba tymi faktami manipuluje.

Argumenty pana posła Janika nie były uzasadnione?

Jeżeli słyszę, że zabrałem pieniądze na obozy piłkarskie biednym dzieciom, które chcą grać w piłkę, a znam ludzi, którzy od lat dzieci na obozy szkoleniowe wysyłają i wiem, że za nie płacą, to z czym tu polemizować? Może z argumentem, że wyniki na boisku są efektem tego, że stowarzyszenie działające na zupełnie innym polu niż sport, zabrało pieniądze dla zawodowych sportowców? Miałbym się wdawać w pyskówkę? Jest poziom debaty publicznej, poniżej którego nie chciałbym schodzić. Wydaje mi się, że staliśmy się wtedy kozłem ofiarnym dla wyładowania frustracji. Nie mówiło się, że np. klub żużlowy otrzymał większe środki niż piłka nożna. Pretensje uderzyły w nas, chociaż przecież ani złotówki nie wzięliśmy z budżetu przeznaczonego na sport.

MW na meczu

Właśnie, grant o który starała się „17-tka” i wiele klubów sportowych, dotyczył zapobiegania uzależnieniom. Czy sport nie jest dobrą formą profilaktyki?

Jest. Dlatego nasi podopieczni nie tylko odrabiają lekcje, malują i rysują, ale również uprawiają sport. Korzystają z sal gimnastycznych, boisk, siłowni – są aktywne sportowo. Trzeba jednak rozróżnić sport amatorski od profesjonalnego. Przez wiele lat próbowano nam wmawiać, że profilaktyką jest kibicowanie zawodowym klubom sportowym. Pretensji nie mieli prezesi małych amatorskich szkółek, tylko prezes wielkiego, ligowego klubu piłkarskiego! W jaki sposób kibicowanie na trybunach stadionu zapobiega uzależnieniom? Poprzez kontrolę na wejściu, która ma wykluczyć wnoszenie alkoholu? To chyba jednak dość karkołomna konstrukcja myślowa.

Czyli problem leży w proporcjach podziału środków?

Tak. Ten temat pojawiał się co roku i na pewno powróci przy kolejnym podziale grantów. Dlatego porównałem podział środków z dwóch ostatnich lat. I okazuje się, że w latach 2014 i 2015 środki z różnych grantów przyznano klubom w bardzo podobnych wysokościach, chociaż rok 2014, jako wyborczy, oznaczał w przeszłości większe wpływy z miasta. Największe kluby otrzymywały bardzo podobne kwoty. Za to zmianą na plus jest to, że pomijane i marginalizowane do tej pory małe amatorskie kluby otrzymały większe środki, dzięki którym mogą się rozwijać –  w tym baseball, w 2015r. jedyna ekstraligowa drużyna w Rybniku.

Co się w takim razie wydarzyło w tym roku wokół rybnickiego sportu, że jesteśmy świadkami takiego szoku wśród zarządów niektórych klubów i awantury w lokalnych mediach?

Nie oszukujmy się – w minionych latach konkursy miały charakter symboliczny. W rzeczywistości panowała pełna uznaniowość.

Czyli nikt nie oceniał wniosków, nie rozliczał z wykorzystania środków, z ich przeznaczenia?

Proszę przypomnieć sobie początek tego roku – ile wniosków odpadło z przyczyn formalnych! Owszem, co roku była powoływana komisja, co roku należało wnioski złożyć w określonym terminie, z odpowiednimi załącznikami itd. I komisja być może i badała, oceniała te wnioski, ale to i tak nie miało znaczenia, bo na koniec to włodarz miasta decydował komu i ile pieniędzy przyzna. Tak to się odbywało przez lata. Wierzę, że w końcu komisja przestała sprawdzać te dokumenty. Piotr Masłowski przytaczał przykład wniosku z tego roku, w którym podane zostały daty sprzed dwóch lat – czyli można podejrzewać, że już w zeszłym roku został złożony z nieaktualną datą. Niektóre wnioski wyglądały tak, że przez siedem lat co roku składano dokument różniący się od poprzedniego roku datą na pierwszej stronie i dopisywanym nowym punktem. Rozumiem pewną powtarzalność: w „17-tce” również nie udajemy, że co roku wymyślamy nowy innowacyjny program. Ale przyzwoitość od nas wymaga dokonywać ewaluacji, wzbogacać albo obcinać jakieś działania, wprowadzać nowe. Każdego roku wniosek musi wymagać pracy, wysiłku i uwagi składającego. To, że ktoś pracuje nad wnioskiem oznacza, że analizuje swoją działalność, że planuje i nie traktuje go jak zwykłej formalności, którą musi spełnić, żeby dostać pieniądze, które wie, że i tak dostanie. To dzięki takiemu podejściu, wymuszonemu chyba tylko na nas, dzisiaj mamy dużo większą skuteczność w pozyskiwaniu środków z Unii Europejskiej niż wiele innych stowarzyszeń w Rybniku.

Czy dzięki większej dotacji ze środków miejskich budżet „17-tki” wzrósł, czy tylko zmieniły się proporcje w stosunku do środków zewnętrznych? 

O ile środki miejskie w 2014r. to było około 15% naszego budżetu, to w tym było to już prawie 30%. Wynika to z przerwy między zakończeniem jednej edycji dofinansowań i ogłoszeniem nowych konkursów. Proszę to porównać z proporcjami w klubach sportowych. Niedawno ustalono, że kluby będą dążyć do progu 20% wkładu własnego – w tej chwili znacznie ten próg przekraczają i prezesom niektórych klubów wydaje się to nierealne. A w „17-tce” takie właśnie są proporcje – dokładnie odwrotne niż w niektórych klubach. I na chwilę obecną wygląda na to, że również w przyszłym roku tak będzie. Na tym polega działalność organizacji pozarządowych – mamy być aktywni i poszukiwać alternatywnych do publicznych źródeł finansowania. Oczywiście pod warunkiem, że to szukanie pieniędzy nie jest celem samym w sobie. Nie wyobrażam sobie np., że wymyślam działanie, bo pojawił się konkurs. Nie, zawsze najpierw jest pomysł, a potem szukanie środków na jego realizację.

Zmieńmy temat. Z czym kojarzy Ci się data 4. czerwca?

(Śmiech) Mam dwa skojarzenia. Po pierwsze jest to dzień moich urodzin. Po drugie: rok 1989, Olsztyn, odbywałem wtedy zasadniczą służbę wojskową, byłem przed przysięgą, bo specjalnie ją odwlekano, żebyśmy byli w jednostce i odbywały się pierwsze wolne wybory. Po raz pierwszy szedłem głosować z poczuciem, że coś ode mnie zależy. 

Bez takiego, a nie innego wyniku tamtych wyborów nie robiłbyś, być może, tego, co robisz, nie próbowałbyś zmieniać rzeczywistości. A jednak powiedziałeś kiedyś, że polityka w ogóle Cię nie interesuje, a za swoje credo uważasz fragment tekstu Jacka Kaczmarskiego: „dosyć sztywną mam szyję i dlatego wciąż żyję, że polityka dla mnie, to w krysztale pomyje”. Skąd ta awersja? 

Chcę zaznaczyć, że w dalszym ciągu nie czuję się politykiem. Niestety, mam wrażenie, że polityka, zbyt często śmierdzi. Partykularnymi interesami, obłudą, schizofrenią – rozbieżnością między tym, co się deklaruje, a tym, co się rzeczywiście robi. I rodzajem hipokryzji, którą najbardziej się brzydzę: kierowaniem się partykularnym interesem, a zasłanianiem się „dobrem ogółu”.

Czym jest w takim razie i dlaczego powstało Forum Obywateli Rybnika?

Jedną z idei przyświecających powstaniu FOR-u było zebranie ludzi o podobnym stosunku do polityki, choć może niekoniecznie tak radykalnym jak mój i takich, którzy myślą o karierze politycznej i chcieliby się wykazać działalnością społeczną, a których łączyłaby potrzeba zmiany najbliższej rzeczywistości, jak dzielnica albo miasto. I to się chyba udało: kiedy się spotykamy, nie dyskutujemy o tzw. „wielkiej polityce”. Choć są wśród nas osoby o skrajnie przeciwnych poglądach politycznych, bez waśni potrafimy skupić się na lokalnych problemach. Na politykę ogólnopolską i światową patrzymy przez pryzmat jej wpływu na naszą lokalną społeczność albo pomysłów, które można przeszczepiać na nasz grunt.

MW i tow Ale kiedy powstawał FOR, istniały już inne miejskie ugrupowania, do których można było się przyłączyć, żeby zmieniać rzeczywistość.

Przyłączenie się do kogoś zawsze oznacza kompromis, a my mieliśmy własne pomysły. Moim zdaniem podstawą wprowadzania w życie jakiegokolwiek działania powinna być pewna bezkompromisowość tych, którzy to działanie podejmują. Gdybym tak nie uważał, być może nie byłoby „17-tki”, tylko nieco inaczej funkcjonowałaby dawna placówka w ramach Zespołu Ognisk Wychowawczych. Bezkompromisowość gwarantuje świeżość. Przed wyborami 2014 propozycje otrzymywałem zarówno od partii politycznych jak i od lokalnych ugrupowań. Ale nie miałem złudzeń, że chodzi tu o mnie, jako o osobę z doświadczeniem, wiedzą i pomysłami, tylko o moją rozpoznawalność przekładającą się na liczbę głosów na liście, o nic więcej. Po wyborach mógłbym okazać się niepotrzebny.

I startując z mało znanym wtedy ugrupowaniem, udało Ci się zostać radnym. Piotr Masłowski jako kandydat na prezydenta zdobył 12% głosów i był to trzeci wynik. Jak na zupełnie nową siłę na lokalnej scenie politycznej był to znaczący sukces.

Oczywiście, że tak. Pomijając profesjonalizm i kompetencje obu Piotrów, myślę, że zarówno im, jak FOR-owi, pomogła  naturalna potrzeba zmiany, którą odczuwali już rybniczanie.

Rozmawiamy rok po wygraniu wyborów przez Piotra Kuczerę. Czy ówczesne wsparcie FOR miało wpływ na jego zwycięstwo w drugiej turze?

Zdecydowanie tak. Sposób, w jaki zostało ogłoszone, że w razie zwycięstwa prezydent Kuczera gwarantuje stanowisko wiceprezydenta Piotrowi Masłowskiemu, później współpraca z pozostałymi kandydatami – to wszystko na pewno mu pomogło. Natomiast jeśli chodzi o same Boguszowice Osiedle – w drugiej turze frekwencja była dwa razy wyższa, niż zazwyczaj, niektórzy rodzice naszych podopiecznych pierwszy raz poszli głosować i zdecydowanie wygrał Piotr Kuczera, choć jeszcze przed wyborami nie był tu prawie w ogóle rozpoznawalny. Wiele osób z FOR-u zaangażowało się w tę pomoc i nie mam wątpliwości, że mieliśmy realny wpływ na ten wynik.

Jak oceniasz pracę prezydenta Piotra Kuczery z punktu widzenia jedynego radnego z ramienia Forum Obywateli Rybnika? 

Moja ocena ewoluowała. Mam dość choleryczny charakter i na początku byłem bardzo rozdrażniony. Uważałem, że skoro ludzie powiedzieli „czas na zmiany”, to trzeba walnąć pięścią w stół, wyciągnąć skalpel i zacząć ciąć. I tego mi brakowało. Z czasem zacząłem myśleć, że może to jest jednak sposób: nie rewolucja, a ewolucja. I przez jakiś czas byłem do tego przekonany. Ale ostatnio znów mam wątpliwości. Nie jestem politykiem, ale patrząc z punktu widzenia szeroko pojętej polityki społecznej, czasami mam wrażenie, jakby spora część ludzi, która pozostała w urzędzie, której powiedziano „nie bójcie się, będzie doceniona wasza wiedza i doświadczenie”, jakby mniej lub bardziej świadomie sabotowała pewne działania. Na przykład od pierwszego stycznia 2016r. mają wejść w życie zmiany w organizacji placówek opieki nad dzieckiem, mówimy o tym od stycznia, a konkurs ogłoszony zostaje 26. listopada. I nie wynika to z zaniechania prezydenta albo jego zastępców. Po prostu Urząd Miasta wydaje mi się gigantyczną pajęczyną zależności, układów i układzików, na której nie zawsze można polegać. W normalnej sytuacji prezydent powinien mieć pełne zaufanie do swoich pracowników. Myślę że w tej chwili prezydenci nie mają tego komfortu, a nie są w stanie być wszędzie.

W skali 1 – 10 na ile ten rok prezydentury Piotra Kuczery spełnia Twoje oczekiwania?

Myślę, że na 7.

Jaka zapowiada się przyszłość? Spodziewasz się poprawy, czy raczej pogorszenia jakości pracy urzędu?

 

Ufam, że idziemy w kierunku, o którym mówiono w kampanii wyborczej. Zmiany zachodzą, choć w moim przekonaniu za wolno. A kiedy już dzieje się coś dobrego, to nie jest to wystarczająco nagłaśniane. Cały miniony rok usprawiedliwiany był argumentem, że budżet był dziełem poprzednich władz. Teraz budżet będzie przygotowany przez aktualnego prezydenta, więc nie będzie już tej wymówki. Mam nadzieję, że nie będzie nas za to ograniczać budowa drogi Pszczyna – Racibórz.

A jakie zadania widzisz przed Forum Obywateli Rybnika? Czy w Rybniku jest zapotrzebowanie na inicjatywy obywatelskie?

Podobno, według przeprowadzonych badań, miasta wielkości Rybnika są dobrym miejscem dla budowania ruchów lokalnych, które są w stanie być nie tylko tzw. „języczkiem u wagi”, ale nawet decydować o mieście. Wierzę, że to jest przyszłość FOR. W odróżnieniu np. od Bloku Samorządowego Rybnik, który skupiony jest wokół osoby, nas cementują pomysły.

Czy obecni radni należą do ludzi zainteresowanych wyłącznie swoją dzielnicą, czy raczej patrzących z szerszej perspektywy?

To jest naturalne, że radny patrzy na miasto przez pryzmat „swojego ogródka”. Zresztą za 3 lata będzie ubiegał się o wybór z tego samego okręgu, więc trudno, żeby było inaczej. Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że Rada Miasta to jest tylko zbiór takich partykularnych interesów. Głosy dotyczące miasta jako całości pojawiają się bardzo często. Choć miewam wrażenie, że u części radnych, w niektórych sytuacjach, ta tzw. „troska o miasto” wynika tylko z partykularnego albo partyjnego interesu. Są osoby, które rzeczywiście walczą o różne sprawy dla swojej dzielnicy, ale są i takie, które kierują się egoistycznymi względami: czy to potrzebą bycia ważnym, czy rozwojem kariery politycznej.

MW super Na zakończenie – czego życzyć Mariuszowi Wiśniewskiemu?

Chyba jak najmniej rozczarowań. Do tej pory udawało się tak, że więcej miałem w życiu satysfakcji z tego, co robiłem, niż rozczarowań. Jeśli ten bilans się utrzyma, to będzie dobrze.

 

 

Rozmawiał Krzysztof Oleś

Fot. Mariusz Wiśniewski – Facebook

  • Udostępnij wpis
Poprzednie Wpis Następne S5