Access Token not set. You can generate Access Tokens for your Page or Profile on fb.srizon.com. After generating the access token, insert it on the backend

0

Droga wojownika

Wśród założycieli Forum Obywateli Rybnika jest człowiek, który o ostatnim półwieczu historii Rybnika potrafi opowiedzieć więcej niż niejedna kronika. Miał ogromny udział w tworzeniu tej historii, choć dzisiaj nie każdy ma świadomość, że korzysta z usług i udogodnień, które być może nie powstałyby bez uporu i determinacji tej osoby. Zapraszamy do lektury długiej męskiej rozmowy o karate, motocyklach i pielęgnowaniu pamięci z Lechem Gęborskim.

Kim jest dzisiaj Lech Gęborski w pierwszej kolejności: zegarmistrzem, hetmanem Bractwa Kurkowego?

Przede wszystkim rybniczaninem: żonatym, ojcem dwojga dzieci. A poza tym wszystkim w swoim czasie. Wszystkie sprawy, w których uczestniczę, wypełniają moje życie. Każda z osobna jest mniej istotna, dopiero całość świadczy o moim stosunku do rzeczywistości, do świata, do ludzi. A że zawsze w coś się angażowałem, no cóż… Swoją drogą ta rozmowa zmusiła mnie do tego, żeby sięgnąć wstecz, bo dynamika życia codziennego na to nie pozwala, a tu musiałem zastanowić się, co mam do powiedzenia o tym, co się działo w moim życiu. A działo się… Nie wiem, czy moja rodzina jest szczęśliwa z tego powodu, że moje pasje mnie miotały w różne miejsca, ale tak było.

Angażowałeś się w wiele działalności społecznych. Od czego się zaczęło?

Myślę, że mama przekazała mi pewne zdolności. Zawsze była kobietą zorganizowaną, kiedy trzeba było coś załatwić, to rzucali ją na głęboką wodę i ona sobie z tym radziła. Dlatego kiedyś sobie pomyślałem, że gdybym urodził się w czasach, w których logistykę, rozumianą jako organizację np. imprez i podobnych przedsięwzięć można wybierać jako zawód, to pewnie bym w tę drogę poszedł, bo to jest coś, co mi pasuje. A zaczęło się od harcerstwa, a właściwie od zuchowania, które dało mi niesamowitą rzecz: rozbudowało moją fantazję, pomysłowość. Praca z dziećmi jest niesamowitym sposobem na rozwijanie kreatywności, kiedy trzeba za tymi maluchami nadążać. Bo wiadomo, że dzieci mają fantazję szaloną.

Byłeś opiekunem grupy zuchów?

Tak. Komendant hufca, druh Tadeusz Zgrabczyński kiedyś mi zakomunikował, że jadę na obóz instruktorów i od tego momentu zaczęła się moja formalna przygoda z zuchowaniem. Byłem długo drużynowym drużyny zuchowej w „dziewiątce”, mojej szkole, teraz to jest Gimnazjum nr 1. Ten okres pozwolił mi rozwinąć fantazję, która zawsze była mi przydatna w życiu. To był pierwszy etap, który zaważył mocno na moim życiu. Potem był taki okres stagnacji: praca, znajomi, jakaś knajpa, ale w sensie spotykania się i rozmawiania o wszystkim i o niczym. A potem zaczęła się współpraca z karate kyokushin. Na jakiejś imprezie spotkałem się z ówczesnym szefem kyokushinu w Rybniku, Andrzejem Siwczykiem. Bardzo mnie zainteresowało to, co robił, o czym opowiadał. A  powiedział, że ma spore problemy, ponieważ wtedy widziano w tym tylko szkolenie „bandziorów”, czyli uczenie ludzi jak się bić, a to nie było traktowane przychylnie.

 Kiedy to było?

To były lata 70-te. Prowadziłem, nazwijmy to „niehigieniczny tryb życia”. Dużo paliłem, czułem, że muszę coś z tym zrobić. Spotkanie z Andrzejem było jak „znak z nieba”. Powiedziałem mu wtedy, że jeśli sobie życzy, to mu pomogę. Najpierw, żeby lepiej zrozumieć specyfikę, zapisałem się do grupy początkowej. Pamiętam jak dziś: siedziałem na schodach przed szkołą podstawową w Zebrzydowicach i paliłem papierosa, jak się później okazało – ostatniego. W życiu straciłem przytomność ze trzy razy, z czego dwa razy u dentysty, a raz właśnie tam na treningu i to przy banalnym wysiłku, jak by się wydawało. Pamiętam, kiedy instruktor srogim głosem nakazywał kolejne serie ćwiczeń, a wszyscy ci, którzy nie dawali rady, coś tam kombinowali, patrzyli czy widzi, czy nie, żeby go oszukać troszeczkę. Oczywiście oszukiwali samych siebie. Ale pierwsza moja satysfakcja polegała na tym, że z biegiem czasu wykonywałem jego polecenia coraz dokładniej i rzetelniej, w tych ilościach, które on nakazał. I kiedy to zauważyłem, sprawiło mi to ogromną satysfakcję. Wojownikiem – w tym sensie – nigdy nie byłem i nie będę. Ale wyniosłem z tamtego czasu wiele przydatnych rzeczy, jak  poznanie własnego organizmu, nauczyłem się oddychać, co się przydaje szczególnie w moim wieku.

Ile miałeś lat, kiedy poszedłeś na pierwszy trening? Jak długo trenowałeś?

Nie pamiętam już dokładnie – miałem około 25 lat. Trenowałem 6-7 lat, ale były to treningi czysto rekreacyjne. Bardziej się skupiłem na ułożeniu działalności klubu. Trzeba było znaleźć miejsce, w którym można by trenować: zagwarantować trening w takiej sali, z której pani sprzątaczka nas nie wyrzuci. A wyrzucanie polegało na tym, że jak pani sprzątaczka poczuła, że więcej musi pracować, a nic z tego nie ma, to z pierwszej lepszej popielniczki brała 5 niedopałków, z tą szufelką szła do pana dyrektora i mówiła, że to właśnie na sali czy w szatni pozamiatała: „trzeba się ich pozbyć, bo oni tu jeszcze jakiegoś nieszczęścia narobią”. Pan dyrektor, który też nic z tego nie miał, myślę, że niekiedy nawet z ulgą mówił nam: „nie umiecie się dostosować, niestety, nie możemy współpracować dalej”. I tak się błąkaliśmy od sali do sali,  więc znalezienie miejsca było bardzo istotne. Potem pojawił się na ekranach film „Wejście smoka”. Do ogniska TKKF „Bushido” zapisało się około 400 osób i trzeba było szukać nie tylko kolejnych miejsc, ale i ludzi, którzy będą prowadzić treningi. To nie było proste, ponieważ nie było wyszkolonych trenerów – byli ludzie, którzy przeszli kolejne etapy, nabyli umiejętności i mogli przekazywać je młodszym, ale te umiejętności były skażone wszystkimi wadami i błędami, które nabyli w swojej karierze. Brakowało naukowych podstaw itd.

Nie było wtedy międzynarodowych akredytacji?

Na wyższych poziomach, oczywiście, były, natomiast w takim małomiasteczkowym wymiarze nie. Ale z czasem robiło się coraz bardziej profesjonalnie i chyba w 1983r zorganizowaliśmy pierwsze zawody sportowe o puchar Skarbka. Ja mam w życiu zasadę i szczęście. Zasada polega na tym, że kiedy dążę do jakiegoś celu, nigdy nie robię tego sam, tylko zawsze szukam ludzi, którzy to rozumieją i chcą w tym być. A szczęście polega na tym, że tacy ludzie zawsze się znajdowali, byli ciekawi i wkładali nowe trybiki do tych mechanizmów. Miałem np. zaprzyjaźnionego plastyka, który nam zrobił logo i plakat. Turniej wyszedł organizacyjnie i sportowo bardzo dobrze, a jako że mało było wtedy organizacji, które było stać na zorganizowanie konfrontacji, to nagle się okazało, że mieliśmy najlepszych na Śląsku karateków na naszej imprezie i to się podobało. Równoległe założyliśmy w ramach Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej ognisko specjalistyczne „Bushido”. Nazwa, oznaczająca „drogę do doskonałości”[1], oczywiście, wywodziła się z kyokushin. Zawsze żałowałem, że nie miałem możliwości lepiej poznać kultury japońskiej, bo ona jest niesamowita.

oyama

Mieliście klub, ale wciąż nie mieliście swojego miejsca?

Szczęście znowuż się uśmiechnęło do mnie, kiedy siedzibę związaliśmy z Nowinami. Pierwszym wyzwaniem było uzyskanie zgody Rady Osiedla. Nowin wtedy jeszcze praktycznie nie było: tylko jakieś bloki na ul. Wandy, obecnie kard. Kominka, trzy bloki na Floriańskiej, reszta w budowie. Nie pamiętam, jak z Chabrową, ale Dąbrówki chyba jeszcze w ogóle nie było. Oprócz miejsc do spania nie było tu kompletnie nic. Zostałem zaproszony na spotkanie z Radą Osiedla, oczywiście padły tam wrogie komentarze typu „dość tu mamy chuligaństwa i wprowadzenie organizacji, która będzie uczyć, jak się bić, jest fatalnym pomysłem”. Ale udało mi się przekonać przede wszystkim szefa Rady, pana Kukuczkę i uzyskaliśmy zgodę. Ale co dalej? I kolejne szczęście: jeden z aktywnych członków „Bushido” powiedział mi, że spółdzielnia buduje zakład remontowo-budowlany, którego część dotychczas była na piętrze wymiennikowni przy ul. Floriańskiej. Udałem się do prezesa spółdzielni mieszkaniowej w Rybniku i tu kolejne szczęście: w statucie spółdzielni jest działalność społeczno-wychowawcza, a tam ani działalności społecznej, ani wychowawczej, ani ludzi, ani pieniędzy za bardzo. Po prostu jest martwy punkt w statucie, a my wchodzimy i mówimy: „panie prezesie, my ten punkt zagospodarujemy: załóżmy nieformalną spółkę, państwo nam będziecie użyczać pomieszczenia i pomagać na tyle, na ile to możliwe, a my będziemy organizować życie rekreacyjno-sportowe na Nowinach”. Obie strony zrozumiały i zaakceptowały to korzystne rozwiązanie i dostaliśmy pomieszczenie w momencie, kiedy magazyn wyprowadził się do nowego miejsca. Co więcej, tenże zakład remontowo–budowlany dokonał remontu kapitalnego tego pomieszczenia. I to też była zabawna sytuacja, bo ówczesny kierownik czy dyrektor tego zakładu zapytał: „a co pan tu chce mieć?” Ja na to: „wie pan, jak najtaniej, jakaś wykładzina, bo to boso ludzie biegają…” A on: „panie, bo ja zaraz przestanę z panem rozmawiać. Ja będę tę wykładzinę co pół roku zmieniał? Ponieważ pan nie rozumie, o co chodzi, to ja panu powiem – tu będzie parkiet!” I opowiedział mi o moich marzeniach, jak to pomieszczenie ma wyglądać! „Ja nie jestem nienormalny, proszę pana, to jest wszystko w moim interesie”, powiedział. I ten parkiet jest tam do dzisiaj.

Czyli spotykaliście się też z życzliwością, nie tylko z oporem.

Dostaliśmy nawet miejsce na sekretariat! Następnym krokiem były grupy korekcyjne dla dzieci. To było w ogóle nieplanowane, ponieważ w momencie, kiedy już mieliśmy siedzibę i  nadaliśmy jej charakter miejsca walki, szacunku i wszystkich zasad, które obowiązują w sztuce karate, kolejnym krokiem było sięgnięcie po młodych, po narybek – postanowiliśmy założyć szkółkę. Ogłosiliśmy nabór i zjawiło się chyba ze 150 dzieciaków! Podeszliśmy do tego poważnie i poprosiliśmy pana doktora, Krzysztofa Poterę, żeby był uprzejmy, nie patrząc na finanse, przebadać te dzieci. Doktor badał je przede wszystkim pod kątem wad postawy, ale też całościowo. Okazało się, że z tych 150 dzieci, nadawało się 30. A co z pozostałymi? Zaczęły się awantury, rodzice przychodzili, dziecko z płaczem, bo jego kolega ćwiczy, a on nie! „Panie! Co pan sobie wyobraża, mój syn jest zdrowy! On cały dzień biega jak szalony, proszę pana, a pan mówi, że on jest chory?” I całe szczęście, że miałem wgląd do kartotek każdego z tych dzieciaków, bo mogłem odpowiedzieć: „tak, jest zdrowy, ale tu ma skrzywienie kręgosłupa, tu ma wnętrostwo, czyli wciągnięte jąderka, panie, chce pan mieć wnuki? bo kiepsko to widzę”. Z tego właśnie wzięły się grupy gimnastyki korekcyjnej, która dawała tym dzieciakom perspektywę, że w pewnym momencie do tej szkółki w końcu trafią. To było dla nich niesamowicie mobilizujące. Wiele z tych dzieci wyszło wtedy ze swoich problemów w przedziale półtora roku, dwóch lat. Tak systematycznie ćwiczyli, bo widzieli cel pod tytułem „szkółka”. Byliśmy w Rybniku chyba jedną z pierwszych organizacji, która taką działalność prowadziła.

Dzięki temu ośrodek był doceniany, a za tym szły możliwości rozwoju.

Oczywiście, za głosami dobrze oceniającymi naszą działalność szły korzyści: naglę otrzymuję telefon, że zarząd wojewódzki Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej chce nam wyposażyć siłownię. To ja do pana prezesa po kolejne upatrzone pomieszczenie i po paru miesiącach na Nowinach była siłownia! Mieliśmy już salę, sekretariat, szkółkę, dostaliśmy dwa pomieszczenia po rowerowniach i tam zorganizowaliśmy miejsca do ćwiczeń dla grup korekcyjnych: materace, lustra itp. A że moja żona jest specjalistką od rehabilitacji, to udało mi się ją i jej koleżanki namówić do prowadzenia tych zajęć, więc mieliśmy nad wyraz fachowy personel. I tak się to rozwijało. Ponieważ szefostwo kyokushinu to zauważyło, zaproponowano mi współpracę przy organizacji międzynarodowego turnieju w Spodku w 1986r. To były ciężkie czasy, ludzie byli sfrustrowani, nie mieli pieniędzy, wydawało się, że zorganizowanie takiej imprezy grozi pustymi trybunami. Ale karate jest szczególne, więc na imprezę tej klasy, która była wtedy pierwsza w kraju, przyjechała cała Polska. I wszystkie trzy imprezy, które tam organizowałem, kończyły się wypełnieniem Spodka do ostatniego miejsca. Wprawdzie 20% tej widowni to byli „smutni panowie” ze stosownych służb, ale ryczeli, dopingując, jak cała reszta – klimat był niesamowity. Pamiętam, że raz ktoś krzyknął „bij Murzyna!”, bo jeden z zawodników holenderskich miał ciemniejszy kolor skóry. Skasowali go praktycznie natychmiast – po prostu go wyrzucili, a potem musiał prosić, czy może jeszcze pooglądać, bo „on już nie będzie”.

Impreza została uznana za udaną?

Był to z pewnością sukces. Rok później władze europejskie dały nam możliwość zorganizowania mistrzostw Europy. Ja zawsze miałem potrzebę wprowadzania, szczególnie na początku, elementów obrzędowych, odnosząceych się do duchowości tej sztuki walki. Oczywiście to spotykało się z pokpiwaniami chłopców od pięści a niekoniecznie od myślenia, ale jak zobaczyli, jakie to robi wrażenie, jakie to jest po prostu inne – nie jak w np. boksie: tylko wyjście i naparzanie się – to zmieniali zdanie. Tam po prostu było czuć ten klimat.

Przygotowanie takiej imprezy musiało być bardzo wyczerpujące?

Po każdej takiej imprezie spałem dwa dni, nie do obudzenia. Stres ogromny, zawsze czegoś brakowało – takie czasy. A ponieważ chcieliśmy być opiekuńczy i jako Polacy pokazać, że „jest ciężko, ale honor to my mamy”, podjęto decyzję, że będziemy w sposób zorganizowany przywozić tych ludzi z Warszawy i wszystkich miejsc, gdzie oni lądowali. To się może wydawać nieprawdopodobne, ale zamówione autobusy w różnych miejscach, bo oczywiście nikt nie miał tyle naraz, ile potrzebowaliśmy, potwierdzone wielokrotnie, na dwa dni przed imprezą okazywały się niedostępne, bo np. muszą wozić wojsko albo mają inne cele. W zaproszeniach poszło, w jaki sposób to się będzie odbywać, a teraz co? Ale Polak potrafi, więc wszystko było tak, jak trzeba. Tydzień przed naszymi zawodami odbywała się w Spodku jakaś impreza judo i dogadaliśmy się, że zostawią nam matę i odbiorą ją dzień po naszej imprezie. Na dwa dni przed zawodami okazało się, że maty nie ma, wywieziona! Przyjechał facet, pokazał papiery i wydali. I znowuż szaleństwo, bo bez maty nie ma zawodów.

Ile takich imprez zorganizowałeś w Spodku?

Trzy. Mistrzostwa Europy były drugie. Trzecią imprezą był puchar świata. Z gościem: Masutatsu Oyamą – twórcą sztuki kyokushin. Postacią z jednej strony zupełnie normalną, z drugiej niesamowicie charyzmatyczną. Kochałem słuchać, jak on mówi, chociaż nic nie rozumiałbym bez tłumaczy. Puchar Świata to było coś niesamowitego. Tam również otwarcie było takie uduchowione. Sosai[2] skrytykował je trochę, mówiąc: „za dużo teatru, a za mało walki”. Pozwoliłem sobie odpowiedzieć: „Sosai, na walkę przyjdzie czas. Teraz cieszmy się duchem”. Japończycy nie są zbyt wylewni, więc trudno było z jego twarzy odczytać, czy spodobało mu się to, co powiedziałem, czy uznał to za bezczelność. Ja jestem zwolennikiem działania światłem, dźwiękiem. Np. z pełnej ciemności uderzenie pełnego światła. I wymyśliłem sobie, że rozpocznie się impreza, a sosaia nie ma. Wszyscy patrzą na lożę honorową, a jego nie ma. Światło przygasa, rozpoczynają się „obrzędy” i kiedy już uwaga wszystkich skupiona była na tym, co się dzieje na macie, wprowadziłem go cichuteńko. Dał się przekonać, chociaż był przyzwyczajony do tego, że zawsze wchodzi w pełnej glorii, a tu tak po kryjomu. Chciałem, żeby ukazał się, jak światła nagle rozbłysną. Niestety, nie przewidziałem, że parę osób robiło zdjęcia i flesze tak waliły, że ludzie zobaczyli go wcześniej – w ciągu kilkunastu sekund zrobiło się jasno od fleszy. Skopali mi cały efekt, byłem wściekły. Ale impreza się udała.

 

z oyama

Bushido” to dzisiaj duży,  skonsolidowany ośrodek. Jak to się stało, że z sali nad wymiennikownią przeobraził się w obiekt, jakim jest dzisiaj?

To znowu kwestia ludzi i szczęścia. Okazało się, że mamy tylu chętnych, że nie jesteśmy w stanie ich obsłużyć. I podczas spotkania zarządu padło: „no to się rozbudujmy! Ileż to roboty?”. Towarzystwo się pośmiało, a ja pomyślałem, że mamy dobry klimat – może akurat? Z tym, że najpierw założyliśmy, że będziemy się rozbudowywać w górę, o jedno piętro. Ale okazało się, że konstrukcja wymiennikowni, jako budynku technologicznego, nie nadaje się do takiej nadbudowy. Moi koledzy architekci powiedzieli, że taniej będzie, kiedy postawimy nowe skrzydło. A tam, gdzie teraz ono jest, był teren spółdzielni. I znów: pisma do zarządu wojewódzkiego TKKF i cała procedura… Skończyło się na tym, że zarząd TKKF miał sfinansować 50% inwestycji, Urząd Wojewódzki 25% i miasto Rybnik 25%. W ramach udziału miasta było sfinansowanie projektu, który robił Adam Błaszczyński. Przesiedzieliśmy nad projektem dziesiątki godzin, bo ja wiedziałem, jak to miało wyglądać, tylko trzeba to było przenieść papier, żeby pomieścić to wszystko, co chcieliśmy zrobić. A plany były ambitne. Oczywiście musiała być sala. Wtedy tak było, że opiekunem jakiejś koszykówki, siatkówki czy innej piłki nożnej był zawsze jakiś partyjny bonza, więc kiedy trenerzy przyszli i powiedzieli, że potrzebują do treningów salę, to wyrzucano wszystkich i oni mieli tam swoje zapewnione godziny. Dlatego salę zrobiliśmy niewymiarową: żeby nam bezczelne kluby sportowe nie wchodziły. Nie można tam było przeprowadzić żadnego treningu siatkarskiego. Na dole miała być pełna rehabilitacja, a planowana przez nas nadbudowa wymiennikowni miała być wykonana, ale z lekkich materiałów i tam miał być hotelik dla gości.

To był koniec lat 80-tych?

Tak. Znaleźliśmy wykonawcę – a to był nietypowy budynek, który trzeba było robić w technologiach tradycyjnych, chociaż przyziemie to jest jeden blok betonowy. Dziesięć razy więcej kosztowało i trwało szałowanie tego niż betonowanie. Żeby to się potem wszystko nie rozlazło, były potrzebne ogromne ilości betonu. To było związane z niebezpieczeństwem szkód górniczych. Góra budynku to już tradycyjna technologia: cegła itp. Ale przyszedł kryzys… Urząd Wojewódzki mówi, że nie ma pieniędzy. TKKF tym bardziej, bo przecież dostawali pieniądze właśnie stamtąd. Ja, zrozpaczony, pojechałem do Katowic i ktoś mi mówi: „słuchaj, na inwestycje pieniędzy nie ma, ale na rozbudowy są; musicie natychmiast założyć Społeczny Komitet Rozbudowy, wystąpić do nas o te pieniądze – bo całą dokumentację mamy – i pojedziemy dalej”. No i zaczęliśmy, chłopy budowały, przysyłali faktury, pierwsze żeśmy płacili, potem już nie. Monity, ponaglenia, grożenie sądem, więc jadę do Katowic z tymi papierami do dyrektora Wydziału Kultury Fizycznej w Urzędzie Wojewódzkim. „Panie dyrektorze, sam pan wie, ile żeśmy się napracowali, a teraz mnie chcą wsadzić”, powiedziałem, oczywiście z uśmiechem na ustach. „Zapłaćcie to przynajmniej, pomóżcie nam”. No i pieniądze wpłynęły na konto komitetu. Zapłaciliśmy wykonawcy i mówię: „no chłopy, dalej robimy!” Oczywiście bez żadnych zabezpieczonych środków. I taka sytuacja się powtarzała dwa czy trzy razy. Ponieważ ja za wszelką cenę chciałem budynek zamknąć w stanie surowym, bo wiedziałem, że jak go nie zamkniemy, to wszystko pójdzie na marne. A to były takie czasy, że nikogo to nie obchodziło. Udało się i tylko dzięki temu ośrodek „Bushido” po zmianach w 1989r w dość krótkim czasie zaczął funkcjonować, w przeciwieństwie do basenu w Boguszowicach, którego budowa zaczęła się w tym samym okresie, a oddany do użytku został po 25 czy 30 latach.

Ale nowe „Bushido” otwierało się już jako ośrodek miejski, za czasów prezydenta Makosza?

Tak. Kiedy już wszystko się ustabilizowało, znowu pisałem do Rady Miasta i prezydenta Makosza z prośbą o pieniądze, bo np. dach przeciekał. I prezydent kiedyś wezwał mnie w końcu do siebie i powiedział: „niech mi pan teraz wszystko opowie, jak to było”. Zamknęliśmy się w jego gabinecie i parę godzin rozmawialiśmy na ten temat. Na koniec powiedział mi, że już żadnej złotówki nie może nam dać, bo prawo mu nie pozwala: „jeżeli ma dla pana ten obiekt jakiekolwiek znaczenie, to musi go pan przekazać miastu…” Moje dziecko! No ale to rzeczywiście był jedyny racjonalny sposób, żeby ukończyć budowę. Potem byłem zapraszany do ustalania przetargów na wykonanie określonych prac, ponieważ prosiłem, żeby zachować, na ile się da, te pomysły, które były u podstaw tego projektu. A potem już sami działali.

Czyli Twoja przygoda z „Bushido” skończyła się w momencie, kiedy miasto przejęło ośrodek?

W zasadzie tak, ale jestem wiernym fanem tego miejsca i od samego początku do dziś „saunuję się” tam.

pies 2

Od lat jesteś związany z osiedlem Nowiny. Mało kto wie, że miałeś wpływ również na rozwój prywatnej przedsiębiorczości w tej dzielnicy.

Przez kilka lat pracowałem w Radzie Osiedla Nowiny w latach 80-tych, w której zostałem przewodniczącym Komisji Handlu i Usług. Sieć handlowa, która dziś funkcjonuje na Nowinach, nie licząc marketów, to jest zasługa tej komisji. To ona wynegocjowała ze spółdzielnią mieszkaniową odstąpienie na działalność handlowo – usługową rowerowni i tych wszystkich pomieszczeń gospodarczych, które były budowane do innych celów, ale nie były wykorzystywane. Zostały wynajęte fryzjerom, szewcom i innym usługodawcom. Przygotowaliśmy plan, gdzie potrzeba jakich usług i założyliśmy, że nawet jeżeli na jakiś lokal nie było chętnego np. szewca, to zakładaliśmy, że lokal musi na niego czekać. To budziło wątpliwości szczególnie zarządu spółdzielni, który przed naszą inicjatywą nie czuł korzyści finansowych, ale jak już je poczuł – środki przychodziły systematycznie i tworzyły konkretny kapitał – to od sceptycyzmu przeszedł do euforii: „czemu to jeszcze nie jest wynajęte?” A my mieliśmy prawo decydować o tym, kto gdzie będzie funkcjonował i spółdzielnia dotrzymała słowa. Nikt bez naszej zgody nie dostał lokalu na wynajem. Dzisiaj nikt nie pamięta, że sieć sklepów stworzona, żeby ludzie nie musieli po każdą rzecz jeździć do centrum, powstała z inicjatywy zespołu, którym miałem przyjemność kierować.

Innym ważnym obszarem Twojej działalności społecznej jest Bractwo Kurkowe. Jak zaczęła się ta Twoja przygoda?

To był zupełny przypadek. Znałem człowieka, który należał do Bractwa i zaprosił mnie na spotkanie. Bractwo w Rybniku zostało założone w 1924r na fali walk o dominację narodową z podobnymi organizacjami niemieckimi. Szkoda, bo wolę, kiedy ludzie konkurują ze sobą, a nie walczą. Zwłaszcza że intencje przyświecały im te same. Bractwa były powoływane do życia w celu służenia społeczeństwom miast, w których powstawały. Miały zapewnić wszelkiego rodzaju bezpieczeństwo: od wroga, od pożaru, od pomoru. Kiedy patrzę na to, jak ci ludzie to wtedy skonstruowali, to myślę, że uważanie ich za prymitywnych byłoby grzechem śmiertelnym. Ci ludzie naprawdę potrafili myśleć, przewidywać. Mając skromne, z naszego punktu widzenia, środki, niekiedy szybciej budowali niż my teraz. Z wiadomych powodów w latach 20-tych opcja polska zwyciężyła, niemieckie odpowiedniki się rozwiązały i wykruszyły. Z dzisiejszej perspektywy szkoda, bo nie wiem np. jak wyglądali, gdzie mieli siedziby, jakie sztandary itd., a dobrze wiedzieć takie rzeczy. Bractwo rozwijało się bardzo prężnie, na brak pieniędzy nie mogło narzekać, bo członkowie byli ludźmi bardzo zamożnymi: najczęściej restauratorami, masarzami – nazwiska znane i szanowane w Rybniku. Zbudowali strzelnicę na ul. Myśliwskiej, do dzisiaj stoi tam dom, teraz prywatny, który był podobno domem brackim. Oczywiście w 1939r Niemcy zakazali Bractwu działalności. A ponieważ było organizacją mieszczańską o narodowych poglądach, to władzom komunistycznym, internacjonalistycznym, też nie mogło się podobać. My uważamy, że Rybnik jest naszą bezpośrednią Ojczyzną, miejscem, które w pierwszej kolejności nas obchodzi i o nie trzeba dbać, a potem to się roztacza na region, na Śląsk i na Polskę; jaki sobie zorganizujemy Rybnik, taka będzie Polska.

hetman

Czyli Bractwo w Rybniku odrodziło się stosunkowo niedawno?

Dopiero w 1995r z inicjatywy m.in. Eugeniusza Gutkowskiego, pierwszego hetmana po wojnie, powołano do życia Bractwo Kurkowe Miasta Rybnika. Potem przez długi czas nic nie działo się w Bractwie. Jeden z członków zwołał zebranie i oficjalnie wezwał hetmana do dymisji albo do podjęcia działań. Hetman złożył dymisję. I ja na tym zebraniu byłem: znam tych ludzi słabo albo wcale, siedzę między nimi jako gość, słucham uważnie i kiedy przychodzi kolej na zgłaszanie kandydatur na hetmana Bractwa, pada moje nazwisko i wszyscy je akceptują!  Dzisiaj byłoby to nie do pomyślenia: jest okres próbny, żeby zostać członkiem zwyczajnym i dopiero wtedy przysługuje prawo do bycia wybieranym. Byłem do tego stopnia zaskoczony, że prosiłem, żeby dali mi trochę czasu na zastanowienie się. Ale wiedziałem już wtedy ze swoich doświadczeń organizacyjnych: wszystkimi imprezami, całą organizacją czegokolwiek, małej imprezki czy ogromnej imprezy rządzą te same prawa. Jest cel, wyznaczenie drogi do niego, określenie narzędzi, które mi pomogą go osiągnąć i stworzenie zespołu ludzi, którzy będą do niego dążyć. I zgodziłem się. Niekiedy przeklinałem tę decyzję, bo długo byłem sam ze swymi pomysłami, na zasadzie: „wymyśliłeś sobie, to sobie zrób!” Ale zrobiliśmy logo, zaprojektowaliśmy mundur, insygnia, przestrzegamy organizacji imprez statutowych, mamy strzelania królewskie i intronizację królewską, wymyśliliśmy taki autorski turniej strzelecki na sto kroków hetmańskich. Organizujemy turnieje strzeleckie z broni historycznej – to nadaje strzelaniu szczególny klimat i wdzięk. W 2005r. było dziesięciolecie Bractwa, poszukałem sojuszników, bo chciałem zrobić coś uroczystego. Okazało się, że kusznicy z Czerwionki zdobyli mistrzostwo Polski w strzelaniu z kuszy i tym samym zostali organizatorami kolejnych mistrzostw Polski. Postanowiliśmy zrobić to razem. Wyszła przepiękna, kolorowa impreza, ci wszyscy kusznicy w tych strojach pięknie się prezentowali. Potem doszliśmy do naszego 20-lecia w zeszłym roku. Mamy plany na przyszłość, cały czas prowadzimy działalność statutową.

Bractwo Kurkowe było oficjalnym inicjatorem akcji „Motocykl ratowniczy dla Rybnika”, jednak powszechnie wiadomo, że to Ty byłeś jej pomysłodawcą i koordynatorem, a to z kolei bierze się z innej Twojej pasji, jaką są motocykle.

W 1966 roku skończyłem 16 lat, czyli w styczniu 1967r zdawałem egzamin na prawo jazdy, zarówno na samochód jak i na motocykl…

… a wtedy zimy były inne niż obecnie…

Oj! Ze 40 stopni mrozu… W ogóle pomysł robienia egzaminu na motocykl w kopnym śniegu to absurd. Instruktor i komisja nie wiedzieli, co robić… Egzamin odbył się na drodze między bramą Ryfamy, a ul. Kościuszki. Ja jechałem od Ryfamy. Całe szczęście, że wcześniej jakiś ciężki samochód wjechał do Ryfamy i zrobił w śniegu ubitą koleinę. Kazali mi odpalić motocykl, odpaliłem, wsiadłem, pojechałem tą koleiną, ale potem trzeba było zawrócić i to już był problem… Oczywiście „wyglebiłem się” – nie było szans, żeby było inaczej. Ale wjechałem na tę drugą koleinę i przyjechałem z powrotem. Facet popatrzył na mnie i powiedział, że zdałem.

Zawsze miałeś motocykl?

Zawsze jeździłem albo na czyimś, albo na własnym. Moim pierwszym motocyklem była „WFM-ka” malowana pędzlem farbą okrętową. Potem był WSK „Dudek” – tym motocyklem byłem urzeczony, ponieważ miał kierownicę jak rogi baranie, tylne siedzenie można było postawić jako oparcie przedniego, wysoko rura wydechowa – szpan! Oczywiście, pomysły świetne, a materiały – „papendekiel”. Silnik, już wtedy czterobiegowy „Wiatr”, na tamte czasy POTĘGA! Jak mu dałem więcej gazu, to się krzywiły zęby zębatki z tyłu… Kolejnym motocyklem była Jawa 350 i to już był motocykl z prawdziwego zdarzenia. Potem, jak to zwykle bywa, długa przerwa, rodzina, „maluch”… No ale potem przychodzi moment tęsknego spoglądania na facetów, którzy jeżdżą, odwiedzin w salonie motocyklowym na Ligocie… I tam się na mnie rzucił Suzuki Marauder… Uważam, że jak się ma cel i wolę, żeby go zrealizować, to pieniądze zawsze się znajdą. Jakoś się więc udało go kupić, do dzisiaj nie wiem jak (śmiech). Pojeździłem nim sporo i zaraziłem miłością do niego mnóstwo ludzi, bo był przeuroczy. Widziałem, kiedy przyjeżdżałem do znajomych, jak na niego patrzą, dotykają, siadają i po bardzo krótkim czasie już mieli swojego! Potem zadzwonił do mnie przyjaciel z Wrocławia, który jako człowiek zamożny kupił sobie takiego również, włożył do niego wszystko, co najlepsze, ale po jakimś czasie postanowił kupić coś cięższego (to takie typowe kroki: trochę pojeździsz i już czujesz, że to pod tobą jest za małe, za słabe..) i zapytał, czy ja bym go nie chciał kupić. No i sprzedałem mojego ukochanego, a kupiłem od kolegi. Potem był Kawasaki Vulcan 750, którym jeżdżę do dzisiaj. Dobrze mi się nim jeździ, chociaż muszę wyciągać łapy przy dłuższej jeździe. I to jest silnik przejściowy: już nie chopper, a jeszcze nie plastik. To też mnie trochę denerwuje, ale chyba już razem doczekamy emerytury.

easy tatry

Jeździsz na dalekie wyprawy?

Na długie trasy raczej nie, najdalej chyba byłem w Lublinie. Ale przyjaźnię się z motocyklistami zrzeszonymi w Elitarnym Klubie Geriatryków, jak się nazwaliśmy, parę razy w roku wyznaczamy sobie jakieś miejsce i tam się zjeżdżamy. Są tam ludzie z całej Polski. Jednym z założycieli stowarzyszenia był sołtys pewnej wsi. Zaprosił nas – „wiejska zabawa”, mówił, „będzie prosię pieczone”. Trzeba było się na tego prosiaka zrzucić i od miejscowych też pozbierał pieniądze. Potem się okazało, że stał się cudotwórcą, ponieważ jednym prosiakiem nakarmił nas i całą wieś (śmiech). Jak to się stało, że go tam nie sprali, to ja nie wiem. W tym roku mamy dziesięciolecie i spotykamy się w tym samym miejscu.

Jako miłośnik motocykli zapewne wolałbyś widzieć motocykl ratowniczy wykorzystywany zgodnie z jego przeznaczeniem?

Jak wygląda komunikacja w Rybniku każdy wie. Niestety przez ostatnie 10 lat politykom nie udało się skutecznie zmienić ustawy o ratownictwie medycznym tak, żeby motocykl mógł zgodnie z prawem jeździć do ofiar wypadków. Ktoś może powiedzieć: „co zegarmistrz wie o ratownictwie medycznym?” Ale ja wystarczająco długo zajmowałem się tematem motocykli ratowniczych, poświęciłem temu tyle czasu, że na temat przydatności motocykla wiem dostatecznie dużo, żeby mieć pewność, że on jest w takich miejscach jak Rybnik niezmiernie potrzebny. Cały problem polega na tym, że nikt nie odważy się zadać pytania lekarzowi, który podpisuje akt zgonu ofiary wypadku drogowego, czy on uważa, że gdyby pierwsza pomoc była udzielona 15 min. wcześniej, to byłaby szansa na uratowanie tego człowieka. Bo ja śmiem twierdzić, że skutki szybkiej pomocy są dwojakie: ratowanie życia i skracanie okresu pobytu w szpitalu. Im szybciej powstrzyma się degradujące skutki wypadku, tym krótsze leczenie. Ostatnio byłem na spotkaniu z posłanką z jednej z partii i opowiedziałem jej o problemie. Podobno obecny minister zdrowia chce coś zmieniać w ustawie, więc pomyślałem, że może coś  w tym temacie uda się ruszyć. W ciągu kilku dni mam otrzymać jakąś formę odpowiedzi, co pani posłanka i jej partia są w stanie w tej sprawie zrobić.

Jaką rolę w Twoim życiu odgrywa zawód wykonywany, zegarmistrzostwo?

Zarabiania pieniędzy.

Ale jest to rodzaj pasji, czy tylko praca?

Nie, to nie jest pasja. Po prostu dobrze, moim zdaniem, wykonywany zawód.

Często mówisz o sobie, że jesteś chyba ostatnim w Rybniku czynnym zegarmistrzem – rzemieślnikiem. Czym się różni się zegarmistrz rzemieślnik od nie-rzemieślnika?

Przede wszystkim musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, kto to jest zegarmistrz? To jest ktoś, kto ma wiedzę i umiejętności pozwalające na naprawę mechanizmów zegarowych, szczególnie mechanicznych. Tego się nie da nauczyć w szkole. Potem wiele lat pracy, za czym idzie doświadczenie. Dawniej, kiedy wszystkiego brakowało, to nie tylko trzeba było dorabiać części, ale jeszcze wymyślić, jak to zrobić. Zresztą rzemiosło zawsze było kołem zamachowym rozwoju technicznego. A to że jestem jednym z ostatnich, i tak niewielu czynnych zegarmistrzów, to wynik polityki naszego państwa. Przyszedł taki moment, kiedy wszyscy krzyczeli: „dzieci do szkół średnich, kształcić się!” Ja wylądowałem w zawodzie dlatego, że nie zdałem do liceum. Zawsze byłem słabszy ze ścisłych przedmiotów. Kiedy na egzaminie wstępnym popisałem się swoją wiedzą matematyczną, pani pogładziła mnie tylko po policzku… i stąd moja kariera rzemieślnicza. I chwała Bogu!

Działalność rzemieślnicza, oprócz obowiązków, dawała też chyba zawsze pewne poczucie wolności?

W 1981r na ul. Dąbrówki otwarłem swój pierwszy samodzielny zakład zegarmistrzowski. Złożyłem papiery do Wydziału Handlu i Usług o zgodę na działalność, miałem go odebrać 12 grudnia 1981r. Ale ponieważ przygotowywałem się do swoich urodzin [14.XII – przyp. K.O.], pomyślałem, że pójdę po urodzinach. A 13-go nie było programu w telewizji! Ten wydział był wtedy w pomieszczeniach dzisiejszego Starostwa Powiatowego. Ja 14-go grudnia wpadłem do przedsionka: tam jakiś stolik, przy nim jakiś „wojok”, przeleciałem jak burza przez te wahadłowe drzwi, tymi drzwiami trzasnąłem drugiego „wojoka”, coś tam ryczeli za mną, a ja leciałem do tego pokoju, gdzie wydział, wpadłem do biura i myślałem, że zemdleję. A panie urzędniczki uśmiechnięte, uprzejme, jakieś takie jak nie z tego świata i mówią do mnie: „panie Gęborski, proszę, tu jest decyzja”. Wtedy wszystkie obawy, że nie dostanę tej zgody spłynęły i jak wychodziłem, to o mało nie wycałowałem tego ZOMO-wca, czy kto to tam stał.

Mieszkasz w Rybniku od dziecka, przez wiele lat patrzysz, jak się zmienia. Które lata oceniłbyś jako najlepsze?

Polska i polskie społeczeństwo w krótkim czasie pokonało ileś epok. Ja na kursie prawa jazdy jeździłem syreną 102, gdzie przy redukcji biegów trzeba było wcisnąć sprzęgło, dać na luz, przegazować, wcisnąć sprzęgło i dać niższy bieg… A jak ci coś zgrzytnęło, to pan instruktor nie mówił ci, że coś źle zrobiłeś, tylko dostawałeś śmiatkiem po głowie! Od epoki motoryzacyjnego kamienia łupanego po dzień dzisiejszy to 50 lat, które inne państwa pokonywały chyba w 200 lat. Nie wiem czy to szczęście, czy nieszczęście, że rzeczywiście mogłem obserwować te wszystkie przemiany.

A Rybnik?

To samo. Jestem dzieckiem Placu Wolności, który kiedyś nazywał się Placem Żołnierza. Pamiętam Rybnik jako malusieńką mieścinkę, przecudowną, zieloną – tempo życia było zupełnie inne, poukładane. Firmę otwierali uczniowie o godzinie 9.00, szef przychodził o 10.00, potem przychodziła godz. 13.00, firma była zamykana i wszyscy się udawali do mieszkania szefa na obiad, po którym wracali i pracowali dalej. Potem był taki okres komunistycznego dziadostwa. Brzydkie drogi, wszystko takie nieświeże. Kiedyś wymyślono, że trasa jakiegoś ważnego wyścigu kolarskiego będzie wiodła przez Rybnik i dzięki temu kilka ulic zostało wyasfaltowanych i wyrównanych – to oddaje atmosferę tamtych czasów. W zasadzie dopiero za prezydenta Makosza zaczęła się rewolucja in plus. Chociaż do wielu jego poczynań podchodziłem bardzo krytycznie, tzn. obawiam się, że jego dążenie do upiększania Rybnika powodowało zaprzepaszczenie wielu świadectw materialnych historii Rybnika. Rynek w Bytomiu, zanim został oddany do użytku, to cztery lata trwały tam prace archeologiczne. A u nas smerfnęli błyskawicznie! Rybnik niestety nie posiada zbyt wielu materialnych dowodów swojej historii, a to, co wykopał gdzieś chyba w latach 80-tych pewien profesor ze studentami, to wziął i wywiózł.

Masłowski

Pytam kolejne osoby, które zakładały Forum Obywateli Rybnika, o ich wspomnienia związane z powstaniem FOR, jakie są Twoje?

Dla mnie to przede wszystkim początek współpracy z Piotrem Masłowskim, najpierw przy akcji 642, potem przy wyborach samorządowych. A FOR to dla mnie grupa ludzi z jednej bajki: podobnie myślących, mających podobne cele, pomysły, ale i niepokoje. Różnimy się od innych grup, szczególnie politycznych tym, że bez przerwy mamy jakieś nowe pomysły. Nie tylko rozwijamy myśli, ale tworzymy nowe cele. Może brakuje nam naukowej metody w dążeniu do celu, nasze spotkania są bardziej spontaniczne, bardziej przypominają burzę mózgów niż zorganizowane zebranie, stąd droga do niektórych celów się wydłuża, ale jeszcze dojdziemy do wprawy.

A jaką rolę FOR może spełnić w mieście?

Na pewno nie powinniśmy „wyręczać” władz miasta i mówić, co i jak mają robić, ale powinniśmy dążyć do stworzenia przyszłościowej wizji miasta, wielowątkowego obrazu Rybnika za np. 30 lat. Gdyby taki obraz powstał, to wszystkie elementy, które będą władze realizować, powinny być tej wizji podporządkowane. Np. nie będzie można budować czegoś, co będzie przeszkadzać albo uniemożliwiać realizację tej wizji. Rybnik trzeba rozebrać na elementy: część centralną, rekreacyjno – wypoczynkową, mieszkalną i każdy z tych elementów przeanalizować. Np. w których miejscach nie powinno powstać nic ponad domki letniskowe, a w które trzeba doprowadzić odpowiednią infrastrukturę. Taka wizja obywatelska powinna powstać z inicjatywy Forum Obywateli Rybnika, a potem powinniśmy pilnować jej realizacji i władz miasta, żeby nie dały się skusić jakimiś doraźnymi realizacjami sprzecznymi z tą wizją.

Jaka jest najbliższa inicjatywa, jaką będziesz wcielał w życie?

Chciałbym podkreślić znaczenie Powstań Śląskich z punktu widzenia polskości tej ziemi. Jeżeli oczywiście można mówić o jakiejkolwiek narodowej przewadze na Śląsku. Śląsk był administrowany przez wiele narodowości, z każdych tych kontaktów Ślązacy wynosili dobre rzeczy.

W jakiej formie chcesz upamiętnić Powstania?

Jeden z braci kurkowych zaproponował obchody w postaci rajdu motocyklowego. Będzie to rajd trzydniowy, bo tyle było Powstań. Pierwszy dzień będzie w Mysłowicach, gdzie było jedno z zarzewi pierwszego Powstania. Drugiego dnia miejscem spotkania będzie Rybnik, Kamień będzie naszym miejscem noclegowym, nie-Ślązakom zaserwujemy biesiadę śląską z roladą itd., zaprosiliśmy Marka Szołtyska do opowiedzenia gawędy, część osób objedzie miejsca związane z Powstaniami w okolicy Rybnika, a druga część pojedzie na strzelnicę bracką i tam zrobimy turniej strzelecki ku pamięci powstańców, między innymi mojego dziadka. Trzeciego dnia pojedziemy do Siemianowic do Muzeum Powstań Śląskich, które jest bardzo ciekawe i nowocześnie urządzone. Stamtąd pojedziemy do Katowic pod pomnik Powstańców Śląskich, gdzie w obrzędzie brackim odbędzie się złożenie kwiatów. Odbędzie się to dokładnie miesiąc po rocznicy II Powstania, czyli między 3 a 5 czerwca, ponieważ 3 maja jest rocznicą „przykrytą” przez państwowe święto Konstytucji 3-go Maja. Chcemy, żeby to była impreza cykliczna, żeby się rozbudowywała.

Marzy mi się też przywrócenie do służby motocykla ratowniczego w Rybniku, bo wszystkie działania, które są przeciw, są według mnie nieracjonalne. Nie wiem skąd się to bierze, ale czasem mam wrażenie, że dbałość o bezpieczeństwo obywateli wcale nie jest najważniejszą rzeczą dla polityków i urzędników. Mają procedury, przyzwyczaili się, dobrze im jest, po co sobie komplikować życie – a że ktoś tam umrze? Kogo to obchodzi…

Aha, jeszcze bym chciał być dziadkiem. To tyle.

Życzę więc spełnienia planów i dziękuję za rozmowę.

dzidzia

Rozmawiał: Krzysztof Oleś

 

[1] bushidō [buśido:; jap., ‘droga wojownika’], w tradycji japońskiej zespół norm etycznych, którymi powinien się kierować samuraj; do gł. zasad bushidō [bushi ‘wojownik’,  ‘droga’] należały m.in.: bezgraniczna wierność i lojalność wobec pana feudalnego, odwaga w boju, pogardzanie śmiercią, szacunek dla przeciwnika, wypełnianie przyjętych zobowiązań i hart ducha; na zasady bushidō złożyły się elementy konfucjanizmu, światopoglądu buddyjskiej sekty zen i shintoizmu; w czasach nowożytnych b. wywiera wpływ na etykę Japończyków. (http://encyklopedia.pwn.pl/haslo/bushido;3882264.html)

[2] Sōsai – japońskie słowo o znaczeniu „prezydent”, „prezes”, „przewodniczący”, „gubernator” (np. banku), „główny administrator”, osoba przewodząca organizacji lub zorganizowanej grupie. Ma różne zastosowania. (https://pl.wikipedia.org/wiki/S%C5%8Dsai )

  • Udostępnij wpis
Poprzednie Wpis Następne S5