Access Token not set. You can generate Access Tokens for your Page or Profile on fb.srizon.com. After generating the access token, insert it on the backend

0

Dla przyszłości

(FOR future)

                Z wykształcenia politolog, z doświadczenia samorządowiec, specjalista d.s. organizacji pozarządowych oraz dotacji Unii Europejskiej. Członek Zespołu d.s. Rozwiązań w Zakresie Finansowania Działalności Społecznej i Obywatelskiej w Kancelarii Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. Były prezes Centrum Rozwoju Inicjatyw Społecznych i współzałożyciel Forum Obywateli Rybnika. Obecnie zastępca prezydenta miasta Rybnika, który zajmuje się polityką społeczną i kulturalną.

                O tym, jak wygląda praca wiceprezydenta, jaką wizję Rybnika pozwala realizować to stanowisko i na jakie trafia przeszkody rozmawiamy z Piotrem Masłowskim.

 

O jakim Rybniku marzył kandydat na prezydenta Rybnika, Piotr Masłowski?

Rybnik cały czas marzy mi się jako miasto – w takim znaczeniu wielkomiejskim. Nie chodzi o to, żeby był zabudowany wieżowcami, tylko żeby był miastem, w którym się dużo dzieje. Które ma taką ofertę kulturalną, sportową i tym podobne, że kiedy jadę do centrum, wiem, że zawsze mnie coś fajnego może spotkać. To się ściśle wiąże z takimi kwestiami jak np. sprawna komunikacja publiczna. Ale żeby osiągnąć różnorodność, to musi być miasto otwarte, miasto, które ma zaangażowanych obywateli, w którym różne grupy społeczne chcą uczestniczyć we wspólnym życiu. Tyle.

Na ile udało się zbliżyć do tej wizji po roku pracy w Urzędzie Miasta?

To nie są marzenia, które daje się spełnić po roku, dwóch, czy nawet po kilku. Reprezentuję taki sposób myślenia o mieście – i o polityce w ogóle – że to, co się dzisiaj sadzi, to urośnie za kilka lat, jak drzewa. Czy mi będzie dane kiedykolwiek doświadczyć tego, że będzie tak, jak planuję? Nie wiem. Ale chciałbym chociaż stworzyć podwaliny pod to, żeby tak mogło być. Patrząc na to, co ludzi interesuje, to w kampanii wyborczej nie mówi się o długofalowych zamierzeniach, tylko o takich, które dosyć szybko można wprowadzić w życie. Natomiast w rzeczywistości potrzebne są kroki, kamienie milowe, które pozwalają zmierzać dalej. Podoba mi się, że nawet radni opozycyjni gdzieś tam w kuluarowych rozmowach mówią, że jakiś zamysł w tym widać, że służy to zwiększeniu udziału mieszkańców – nie wszystkim z nich się to podoba, ale widzą konsekwencję i spójność w tych działaniach. To dla mnie największy komplement, kiedy słyszę coś takiego od radnego Prawa i Sprawiedliwości.

W jakich kierunkach działania udało się już podjąć? Czy  są jakieś konkretne punkty z programu Forum Obywateli Rybnika, których realizacją może się pan już teraz pochwalić? 

Chyba najbardziej posunięte w realizacji są rozwiązania dotyczące seniorów: dom „Senior – Wigor”, „czerwony guzik” – na razie na etapie testowania, ale wszystko idzie w tym kierunku, żebyśmy w tym roku byli w stanie objąć programem wszystkich zainteresowanych mieszkańców bez dodatkowych opłat, przynajmniej na etapie pierwszego roku. W tym obszarze wiele się dzieje.

PM i seniorki

Zmiana polityki senioralnej to tylko część  programu wyborczego FOR.

Zmiana nastąpiła też na pewno w budżecie obywatelskim, który wcześniej mocno krytykowałem  – i tutaj to też jest bardzo widoczne. Zwiększa się znaczenie organizacji pozarządowych w mieście, tzn. stają się partnerem dla miasta w dyskusji na ważne tematy, jak np. smog. Jesteśmy przed zatwierdzeniem wyników komisji konkursowych, ale wygląda na to, że Rybnik będzie pierwszym miastem w Polsce, którego wszystkie miejskie świetlice środowiskowe zostaną przekazane organizacjom pozarządowym. Tego typu próby podejmowały różne miasta i nigdzie się to nie udało w takiej skali. Nasz przykład pokazuje, że dyskutowanie ma sens. Że kiedy się z ludźmi dyskutuje i pokazuje korzyści, to nawet jeśli wiążą się z tym negatywne emocje, to jednak to działa. Również w innych obszarach – w kulturze, w sporcie. Na przykład budowanie strategii oddolnie przez Radę Sportu to też jest, moim zdaniem, fajna rzecz, którą się udało zrobić i myślę, że to jest początek pozytywnych zmian. Ale nie mam za sobą jeszcze takiego momentu „stop klatki”, nie zrobiłem jeszcze rachunku sumienia po roku. Ciągle jeszcze mam wrażenie zaczynania, rozkręcania różnych rzeczy. I dzieje się tego tyle, że momentu „stop” jeszcze nie było.

A nie powinno być?

I to jest ważna konkluzja. Kiedy czytam opinie ludzi, którzy piszą, że nic się nie dzieje, nic się nie zmienia, to mnie to bardzo boli. Bo zmiana – sensowna zmiana – wymaga masy przygotowań, masy rozmów i przygotowania gruntu. Tego nie widać na zewnątrz, ale to jest robota od rana do wieczora non stop przez cały tydzień, a potem czytanie takich komentarzy „Aaa ,w mieście się nic nie zmieniło”- to są trudne chwile.

Może problem nie wynika z tego, że nic się nie dzieje, tylko coś nie działa na linii komunikacyjnej między Urzędem Miasta a mieszkańcami?

Zapewne tak właśnie jest. I tu może być tysiąc różnych wytłumaczeń. Na przykład że Wydział Promocji nie funkcjonował tak, jak powinien – był w zawieszeniu, zmieniło się kierownictwo. Ale to zamieszanie i chaos wynika też ze zmiany systemowej – przez 16 lat miastem rządził Adam Fudali, który był trochę apodyktyczny, wymagał bezwzględnego podporządkowania się i nie lubił dzielić się władzą. I pewnie nie obrazi się na to, bo nas krytykuje na rozmowach z BSR np. za to, że stosując regranting dla organizacji, oddajemy część władzy. My mamy zupełnie inne myślenie, nie wiem czy pokoleniowe, czy ideologiczne, bo to co dla mnie jest dobre i oczywiste, to dla niego jest rezygnowaniem z czegoś. Jeśli pomyślimy, że ten urząd cały funkcjonował właśnie w takim trybie i był przyzwyczajony do tego, że decyzyjność jest na samej górze tej piramidy, to  nie oczekujmy, że szczebel kierowniczy, czy szczebel naczelników weźmie teraz odpowiedzialność za siebie. Im to bardzo trudno przychodzi w komunikowaniu w stosunku  do swoich pracowników, a co dopiero w stosunku do odbiorcy zewnętrznego, jakim jest mieszkaniec. Zanim ta machina załapie i zacznie funkcjonować, zanim również na zewnątrz będzie bardziej zrozumiałe jej działanie, musi upłynąć trochę czasu. Na pewno wymaga też jakiegoś spektakularnego sukcesu. Mam nadzieję, że taki się uda osiągnąć w ciągu roku, dwóch, żeby ludzie się przekonali do tego, że to może działać.

Skoro mowa o roku, dwóch: jakie są na ten czas priorytety miasta? 

Prezydent Kuczera komunikuje je spójnie przez cały czas – zależy mu na tym, żeby Rybnik był atrakcyjnym miastem w sensie spędzania wolnego czasu, co się wiąże z kulturą, rozrywką, wydarzeniami. W tym obszarze w dużej mierze prezydent Kuczera wskazuje na kopalnię „Ignacy” i na szpital „Juliusz”. Te dwa obiekty, projekty mają też być kołem zamachowym dla całych obszarów: „Ignacy” dla Niewiadomia, który jest peryferyjną dzielnicą Rybnika i patrząc na dane statystyczne, jest to dzielnica, w której najwięcej osób korzysta z dożywiania, z programów PHARE-owskich, czyli jest tam co zmieniać. Z kolei w Śródmieściu są takie obszary jak „Juliusz” i parking w jego pobliżu, jak parking przy Hallera. Miejsca po prostu szpetne jak na centrum miasta, w którym by się chciało żyć. Puste tereny, które trzeba zmienić, a związane z nimi projekty mają też być kołem zamachowym dla całych dzielnic. Inne priorytety to jest droga Pszczyna – Racibórz, która ma spowodować przede wszystkim przyspieszenie dojazdu do autostrady i do Katowic. W kampanii wyborczej pojawił się temat, że Rybnik oferuje miejsca pracy w handlu i usługach, które nie zawsze są najlepiej płatne, a jak się chce pracować w branżach wyżej rozwiniętych, lepiej płatnych, to w Rybniku podaż takich miejsc pracy jest ograniczona. Najbliżej mamy Katowice i Gliwice – Katowice mają więcej miejsc pracy niż mieszkańców, to jest trzeci co do wielkości ośrodek w Polsce, który przyciąga z zewnątrz pracowników. W Rybniku jest też sporo takich ludzi, którzy będą zadowoleni z tego, że będą mogli szybciej dojeżdżać do pracy w Katowicach, bo tu mają domy rodzinne. I zostaną w Rybniku dzięki temu, że będą mieć szybki dojazd do Katowic. Dlatego droga Pszczyna – Racibórz będzie miała ogromne znaczenie dla mieszkańców Rybnika. My, oczywiście, pracujemy nad tym, żeby miejsca pracy inne niż w handlu też w Rybniku tworzyć i projekty, o których mówiłem, takie miejsca mają generować. Oczywiście zakładamy też, że poprawa dostępu do autostrady usprawni funkcjonowanie przemysłu w Rybniku. Ostatnie zadanie to jest, oczywiście, smog. Ale to jest zadanie najbardziej długofalowe i najtrudniejsze.

Dlaczego?

Dlatego, że nie da się zmienić jakości powietrza w Rybniku, jeżeli mieszkańcy nie wezmą tego w dużej mierze na siebie. To jest niemożliwe. Jeżeli miasto wydaje rocznie 720mln – z tego 500mln musi wydać na oświatę, pomoc społeczną itp. i tu nie ma prawie żadnego pola manewru, to  zostaje około 200mln, co do których można w miarę swobodnie decydować, na co te pieniądze pójdą. Za 20mln jesteśmy w stanie wykonać termomodernizację połowy szkół i kilku budynków ZGM-u. 200mln by nie wystarczyło na zrobienie całego zasobu miejskiego, przy założeniu, że nie robimy nic innego: nie robimy żadnych dróg, nic nie remontujemy, nie organizujemy żadnych koncertów itd. I nawet gdybyśmy wydali te 200mln, to – patrząc na to, że okoliczne miasta mają ten sam problem i pewnie jeszcze mniejsze możliwości niż Rybnik  – przypuszczam, że efekt i tak nie byłby widoczny. Bez podniesienia w pierwszej kolejności świadomości mieszkańców, że w dużej mierze sami to muszą zrobić i stworzenia im warunków, żeby to ułatwić, jakiegoś cudownego rozwiązania nie będzie. Obawiam się, niestety, że skończy się tak, że Komisja Europejska nałoży na nas kary i kiedy będziemy musieli je ponosić, tak jak np. z kanalizacją, to zostaną one przerzucone na mieszkańców –  jak się nie podłączysz, to będziesz musiał zapłacić wysoką karę. Wtedy dopiero ludzie zaczną inaczej myśleć – pod wpływem negatywnego bodźca finansowego. Oczywiście, lepiej byłoby tworzyć bodźce pozytywne i to też będziemy próbowali robić.

PM i baloniki

Jakie miasto ma pomysły na takie pozytywne bodźce?

To nie jest mój pion i nie znam wszystkich szczegółów. Wiem tylko, że będzie więcej pieniędzy na dopłaty do wymiany źródeł i zasady będą tak zmienione, żeby preferowane były źródła niezwiązane z paliwami stałymi. Ale ten program będzie konsultowany w lutym, nie jest jeszcze zamknięty, więc opowiadanie o nim teraz byłoby wprowadzaniem ludzi w błąd.

Czy w grę wchodzą np. takie rozwiązania, jak rozbudowa sieci ciepłowniczej?

Niedawno toczyłem zażartą dyskusję ze starym znajomym. On ma pod swoim domem ciepłociąg i dla niego podłączenie to jest koszt rzędu 20tys zł. Oczekuje, że miasto mu to zrobi. I tłumaczyłem mu, że miasto tego nigdy nie zrobi. Gdy kupisz nowoczesny kocioł, powiedzmy za 7tys. zł, będziesz musiał go wymienić ze dwa, trzy razy w ciągu 20 lat. A przy sieci źródła ciepła nie będziesz już wymieniał. W ciągu 20 lat koszt inwestycji będzie dokładnie taki sam. Na chwilę obecną, nie ma co ukrywać, wyższe będą rachunki. Ale przy domu po termomodernizacji nie będzie to duża różnica. A oszczędzasz czas, oszczędzasz na wywożeniu popiołu, konieczności mycia, piwnica zupełnie inaczej wygląda itd., itd. Tu jest dużo korzyści nie całkiem wymiernych, ale patrząc na to w perspektywie długofalowej, jest to inwestycja o porównywalnych kosztach. Za to miasto mogłoby być bardziej aktywne w zakresie informowania mieszkańców o tym, gdzie już można się podłączać do jakich sieci. Niedawno byłem na spotkaniu rady dzielnicy Popielów, przez który poprowadzony jest gazociąg i podłączonych do niego jest tylko kilka budynków. Z rozmowy z mieszkańcami wynikało, że sporo ludzi po prostu o tym nawet nie wie. Jeśli oni o tym nie wiedzą, to nawet tego nie rozważają w kategoriach możliwej zmiany. To nie jest sieć miejska, ale myślę, że publikowanie takich schematycznych map dzielnicowych to jest dobry, a dosyć prosty pomysł, który też by mógł powodować zmianę.

Problem polega też na tym,  że kiedy się otwiera dyskusję o smogu, okazuje się, że jest kilkaset ludzi, którzy wiedzą lepiej i mają idealny sposób na to, jak ten problem rozwiązać. Sęk w tym, że każdy z nich ma inny pomysł, bardzo często wykluczający się z innymi. Spotkałem się nawet z tym, że pracownik ciepłowni mnie atakuje, że miasto im nie pomaga. Tylko że to nie jest miejskie, a jego szef mówi, że ma inne plany biznesowe. Do kogo więc z pretensją?

Wiadomo, że sieci ciepłownicze są prywatne, nie miejskie. Czy miasto ma plany zachęcenia tych podmiotów do podjęcia wyraźniejszych kroków w kierunku powiększania sieci? Przecież czym będzie większa, tym tańsza powinna być jej eksploatacja?

To jest tak: jeżeli chodzi o ciepło sieciowe, to właścicielem większości sieci jest PEC. Kiedyś PEC robił spotkania z mieszkańcami Śródmieścia i dzielnicy Rybnik–Północ na temat stworzenia nowych nitek. Żeby wiedzieć, czy im się jakaś inwestycja opłaci, potrzebują wstępnych deklaracji, ile osób się podłączy. Na tych spotkaniach było kilkaset ludzi, a deklaracji było ostatecznie, o ile dobrze pamiętam – 6. I sieci nie będzie. Z ich punktu widzenia to tak wygląda: kupa roboty, chodzenie na spotkania, a żadnego efektu. Inaczej w sytuacji, kiedy miasto podłącza sieć do swoich obiektów. Np. podłączymy ją docelowo do „Juliusza’ i w centrum pojawi się kolejny duży odbiorca ciepła, który spowoduje, że PEC-owi się opłaci, a cena tego ciepła będzie niższa. W Gotartowicach nie było nitki gazowej, bo się nie kalkulowało, ale kiedy miasto zdecydowało, że przedszkole będzie opalane gazem, to gazowni opłaciło się zrobić nitkę nawet stricte pod nasz jeden obiekt, a dzięki temu daliśmy szanse mieszkańcom. I takie rzeczy się w mieście dzieją, chociaż może za mało je komunikujemy. Bo na przykład kiedy w obiektach, które są w moim pionie wysiada gdzieś ogrzewanie, to najpierw analizujemy, czy da się podpiąć inne źródło, czy pozostajemy przy ogrzewaniu węglowym. Nie zawsze to jest możliwe: po pierwsze nie było kiedyś takiego myślenia i nie jest to przygotowane, żeby wymieniać od razu na nowsze; po drugie, to się też wiąże z decyzjami typu: był palacz – nie ma palacza. Ktoś dorabiał do emerytury i jego poziom życia był ok., a teraz go zwalniamy. To nie są oczywiste i łatwe decyzje.

PM i krew

W ilu budynkach udało się zmienić ogrzewanie przez ten rok? 

Nie jestem w stanie podać dokładnej liczby, ale np. w bibliotece w Chwałowicach – tam udało się podłączyć od razu gaz i jest zmiana – gaz zamiast kotła opalającego duży obiekt, w którym jest kilka instytucji. Na drugiej stronie jest obiekt MOSiR-u w Niedobczycach, czyli obiekt Rymera Niedobczyce, gdzie piec wysiadł, nowy piec węglowy kosztuje ogromne pieniądze, bo ma dużą moc, ale na gaz w tamtym miejscu musielibyśmy czekać pół roku. A przez pół roku nie możemy zostawić piłkarzy w sezonie zimowym bez ogrzewania. To pokazuje, że dużo rzeczy było nieprzygotowanych. Musiałbym wrócić do tego, co powiedziałem wcześniej: szczebel kierowniczy w urzędzie trzeba uwrażliwiać, żeby myśleli w szerszych kategoriach.

Zmieńmy temat: zmiana polityki finansowania sportu w mieście – czy z perspektywy całej awantury i zamieszania, jakie miały miejsce w ostatnim czasie zrobiłby pan coś inaczej?

Nie. Po pierwsze: te zmiany są nieuniknione. Bez względu na to, czy prezydentem będzie Kuczera, czy ktoś inny, a jego zastępcą odpowiedzialnym za sport będzie Masłowski, czy ktoś inny – sport w krajach wysokorozwiniętych funkcjonuje na zupełnie innych zasadach niż u nas. Mało jest dotowany przez administrację publiczną i przez samorząd, kluby grające na centralnym szczeblu rozgrywek, czy to piłki nożnej, czy jakiegokolwiek innego sportu zawodowego, są finansowane w dużej mierze komercyjnie, a sport indywidualny jest finansowany przez tych, którzy go uprawiają. Czyli: „chcę grać w tenisa, to płacę za lekcje tenisa”. Taki model jaki funkcjonuje u nas, to jest model posowiecki. Od wielu, wielu lat zajmuję się tematyką finansowania działalności społecznej i wiem, jak w poszczególnych krajach Europy – i nie tylko Europy – to wygląda. To się musi prędzej czy później zmienić. A ja wolałbym, żeby Rybnik był liderem i dobrym przykładem, niż żeby miał być w ogonie. Tym bardziej że już w dzisiejszych warunkach to się da robić. Dlatego kiedy słyszę: „a pokaż mi u nas przykład”, „a u nas to tak nie działa” – to wiem, że nie działa, bo nikt nie próbuje. A poza tym rozleniwiliśmy wielu działaczy na takiej zasadzie: „jeżeli ja dostaję 90% z budżetu miasta, to po co ja się mam starać o ściąganie pieniędzy z biletów, o pozyskiwanie pieniędzy od sponsorów?” To jest zupełnie oczywiste, że tak to nie będzie funkcjonowało. Słyszę jako zarzut, że próbujemy wprowadzać komercyjne szkółki piłkarskie. Niech mi ktoś wytłumaczy, jaka jest różnica między tym, kto płaci 150 zł składki, a tym, kto płaci za lekcje? W klubach mamy sytuację dofinansowania z miasta, a w alternatywnej wersji szkółka po prostu oszczędniej dysponuje pieniędzmi i jeszcze ktoś na tym zarabia. To który model jest lepszy? I nie wierzę tu w jakieś ewolucyjne formy przejściowe. Zarzuca mi się, że zmieniłem warunki w trakcie gry – z tym zarzutem nie zgadzam się kompletnie: kluby miały jakieś zobowiązania pozaciągane –  to były ich zobowiązania, a nie miasta. Miasto miało umowy do końca roku i się z nich wywiązało! Oczekiwanie, że „tak było zawsze, więc tak będzie znowu”, to jest dla mnie jakiś… kosmiczny poziom myślenia! Bez terapii szokowej i wstrząsu nic by się nie zmieniło. Wpadlibyśmy w te same koleiny i po czterech latach okazałoby się, że jest dokładnie tak samo. Oczywiście na pytania, ile dać na żużel, ile na piłkę, na te priorytetowe, wiodące dyscypliny, nigdy prostych odpowiedzi nie będzie. Czy żużel powinien dostać 2 czy 3mln – nie wiem. Ale w przypadku żużla widzę, że klub jest poukładany, jest na niego pomysł, jest myślenie o sponsorach i wpływach z biletów – to jest kompleksowe rozwiązanie, a nie bazujące na jednej stronie. Lepiej dać np. 2,5mln komuś, kto nazbiera drugie 2,5mln, niż dać 2,5mln komuś, kto nazbiera do tego tylko 100tys.

Jak w przypowieści o talentach?

Dokładnie tak! Chciałbym iść w tę stronę, żeby ułatwiać życie tym, którzy zajmują się sportem młodzieżowym i podnosić poprzeczkę pozostałym klubom sportowym. Tam gdzie grają dorośli, bez względu na to, czy jest to sport zawodowy, czy amatorski, to jednak oni bardziej powinni za to ponosić odpowiedzialność. Wiem co mówię, bo np. w klubach piłkarskich dokoła Rybnika to wygląda tak, że na mecz wyjazdowy w piłkę nożną w A klasie ma być 20 osób w autobusie, który jest finansowany ze środków publicznych, a przychodzi 11 chłopa i nie wiadomo, czy się uda drużynę zebrać… Więc we mnie pojawia się pytanie, dlaczego dać im, a nie np. amatorskiej lidze piłki nożnej, gdzie płacą w 100% za wszystko sami. I ci którzy płacą – mam takie wrażenie – i wyższy poziom reprezentują, i bardziej im na tym zależy. Dać możemy dzieciakom, żeby się rozwijały albo, jak jest w strategii zapisane – i to jest pomysł Rady Sportu, moim zdaniem super – żeby dać mieszkańcowi Rybnika możliwość skorzystania z nieodpłatnych zajęć, np. dwóch godzin. W różnych dyscyplinach – jak stwierdzi, co mu się podoba, będzie chciał więcej – zapłaci za to. I to jest pomysł, który należy rozwijać.

PM i PK

Mówimy ciągle o tym, co udało się zrobić i jakie zmiany już zostały zapoczątkowane. Czy wiadomo już, jakich planów FOR nie da się spełnić?

Raczej nic nie wyjdzie z siecią ciepłowniczą z elektrowni. Elektrownia nie jest miejska, EDF wystawia ją na sprzedaż i jest tu za dużo niewiadomych. Na pewno ci, którzy nią zarządzają obecnie, nie planują wykorzystania jej do budowy ciepła sieciowego. Za to toczymy wiele owocnych rozmów dotyczących infrastruktury dookoła elektrowni, bo dobrze, żeby mieszkańcy mogli dalej korzystać z zalewu, czy z ośrodków kulturalnych, bez względu na to, kto będzie właścicielem. Natomiast Rybnik stoi przed dużym wyzwaniem co do tego, skąd to ciepło sieciowe brać. Bo w perspektywie lat trzeba wybudować nową ciepłownię i wiem, że tu też trwają różne rozmowy, choć to jest trochę poza mną. Wynik wyborów był taki, że zostałem zastępcą prezydenta odpowiedzialnym za taką, a nie inną działkę i tu mi się łatwiej poruszać. Natomiast mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to co się dzieje w pozostałych obszarach, nie powoduje u mnie wyrzutów sumienia. Na tyle jesteśmy – jako prezydent i jego zastępca – w dobrym dialogu, że to, co się dzieje, mieści się w takim spektrum, że albo to popieram, albo jestem w stanie się z tym zgodzić. Jeżeli chodzi o inwestycje, to już zaczyna się coś dziać wokół lotniska, jest szansa na powstanie obiektów halowych, które są dużym płatnikiem podatku. Może powstaną w Rybniku w tym roku inwestycje przemysłowe – jest za wcześnie, żeby zdradzać szczegóły, ale kilka poważnych planów się pojawiło. Wojciech Student dyskutuje z PKP Cargo na temat zbudowania terminalu modalnego przy dworcu Rybnik Towarowy, dyskusja cały czas jest otwarta i idzie w dobrym kierunku. Wyborcze propozycje FOR nie były wzięte z choinki – wiele osób, które obserwowało Rybnik, miało podobne spostrzeżenia, dlatego teraz pojawiają się próby wcielenia ich w życie. W Rybniku trzeba jeszcze zawalczyć o jedną rzecz, o którą nie jest łatwo – trzeba zacząć myśleć o tym, że inwestor to nie musi być tylko i wyłącznie przemysł. Bo inwestor to może być np. centrum usług, ktoś, kto daje miejsca pracy np. w biurach. I tu na razie w gronie tzw. „zarządowym” dyskutujemy na ten temat, o stworzeniu wspólnej oferty biurowej dla miasta. Mamy odnowiony biurowiec K1, są i inne duże powierzchnie do wynajęcia. I zastanawiamy się, jak to ubrać w spójną politykę, żeby pokazywać Rybnik z takiej strony, że tu też jest przestrzeń do budowania takich miejsc pracy. Bo kiedy popatrzymy na rankingi dotyczące atrakcyjności inwestycyjnej, to wg najbardziej znanego rankingu „Gdzie warto inwestować”, Rybnik i nasz subregion jest drugi w obszarze inwestycji przemysłowych w Polsce, natomiast już w innowacyjnych technologiach jesteśmy gdzieś tam w połowie. To pokazuje, że choć mamy Katowice, Gliwice tak blisko, to mentalnościowo jednak dużo do przeskoczenia, nadrobienia.

„Kwartał Juliusz” to koncepcja infrastruktury dostosowanej do potrzeb seniorów, w programie FOR był pomysł  na stworzenie w Rybniku szkoły wyższej dla pielęgniarek – to pomysły na miejsca pracy wychodzące naprzeciw problemom demograficznym. Czy należy rozumieć, że miasto będzie dalej szło w tym kierunku? 

Jak najbardziej! Jeśli chodzi o „Kwartał Juliusz”, to czekamy na opracowanie, które mamy dostać do końca lutego z badaniami rynku, które mają nam pokazać, czego tak faktycznie trzeba, co się rzeczywiście może rozwijać i czego w tym systemie brakuje. Jeżeli okaże się, że szkolenia medycznego, to będziemy to brać pod uwagę. Na ostatniej powiatowej radzie zatrudnienia, która opiniuje kierunki kształcenia, zalecaliśmy kierunek dotyczący opieki dla osób starszych. RCEZ uważa, że tu jest rynek. Dane Urzędu Pracy pokazują, że w rejestrze bezrobotnych jest sześć osób z kompetencjami opiekuna osób starszych. Ale od stycznia do listopada 2015r. 22 takie osoby otrzymały oferty pracy z urzędu, czyli jest ruch. Ludzie pojawiają się w tym rejestrze i znajduję pracę. To pokazuje, że to jest kierunek rozwojowy, że pojawia się podaż i popyt. Ten rynek będzie się coraz dynamiczniej rozwijał. Jeżeli mówimy o kierunkach kształcenia, to w swoim pionie próbowałem wcielić w życie pomysł ze „Schodami do kultury” – konkurs nie wypalił ze względu na obiekt, który był jego przedmiotem, poddasze, wąska klatka schodowa spowodowały, że potencjalni zainteresowani jednak się nie zdecydowali. Natomiast my cały czas z tymi środowiskami prowadzimy rozmowy i jedna z nich dotyczy sprowadzenia do Rybnika kierunku studiów „wzornictwo przemysłowe”. W Rybniku brakuje równowagi w kształceniu artystycznym, zwłaszcza z zakresu plastycznego. Rybnik jest silny muzycznie, natomiast kiedy mówimy o kreatywnej przestrzeni, przemyśle, to brakuje zaplecza w obszarze plastyki, designu itd. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. W styczniu pewnie będziemy wiedzieli więcej, ale to jest korzystna sytuacja, bo to podmiot z zewnątrz sam się zwrócił do nas. Tylko trzeba zweryfikować, na ile jest przewidywalny i znaleźć mu takie miejsce, które byłoby do zaakceptowania przez innych. Były obawy o to, czy np. politechnika nie protestowałaby, gdyby się tu pojawiła prywatna uczelnia, która w pewnych obszarach mogłaby z nimi konkurować. Zobaczymy.

PM i Malczewski

Kandydował pan jako specjalista od pozyskiwania środków z unii Europejskiej, jako osoba doświadczona w pracy w samorządach. Stanowisko wiceprezydenta, osoby decyzyjnej, różni się od pańskich wcześniejszych doświadczeń tym, że patrzy się na pewne rzeczy z zupełnie innej strony. Czy w takim razie dotychczasowe doświadczenie przydało się do tej pory?

Bardzo się przydało. Choć wyobrażenia miałem trochę inne. Pierwszy szok to był sam początek, czyli grudzień 2014, gdy się okazało, że tu się praktycznie nie pracuje, oczywiście w cudzysłowie, tylko że się przyjmuje cały czas gości z życzeniami świątecznymi, a bardzo mało było czasu na merytoryczną pracę i dyskusję. Do dziś brakuje mi tego – miałem wyobrażenie, że będzie więcej czasu na pracę koncepcyjną. Ale jeśli idzie się do wyborów z postulatem otwartości i wysłuchiwania mieszkańców, to ilość spotkań w ciągu dnia jest tak duża, że pozostaje mało czasu na cokolwiek innego. O ile w CRIS-ie, w mojej poprzedniej pracy w dużej mierze zajmowałem się nie tylko generowaniem pomysłów, ale też przygotowaniem diagnozy – bo to była działka, w której czułem się najmocniej: robiłem zaczyn i pomysł, a potem to szło w obróbkę – to tutaj przez ten rok nie zdarzyło mi się, żeby mój wkład merytoryczny w projekt polegał na pisaniu czegoś samodzielnie. Trochę mi tego brakuje, dlatego w wolnym czasie piszę publikacje dla CRIS-u, w czasie urlopu prowadzę szkolenia, żeby mieć z tym dalej do czynienia. Doświadczenie w kierowaniu zespołami, znajomość środowiska pracującego w obszarze społecznym, kulturalnym z pracy w CRIS-ie – to rzeczy niesamowicie przydatne. Wiedza z kraju, czyli to że jeździłem po Polsce, prowadziłem szkolenia, przygotowywałem różnego rodzaju dokumenty w różnych miejscach kraju – dzięki temu, kiedy ktoś mi mówi „nie da się”, to nie mam problemu, żeby powiedzieć „da się!”, bo w mieście X funkcjonuje to zupełnie inaczej – „weź za telefon i sprawdź” i okazuje się, że się da. To jest zaplecze, które jest bardzo, bardzo przydatne w tej pracy. Inne wyobrażenie miałem co do akcentów, bo polityka społeczna i Zakład Gospodarki Mieszkaniowej to są dwa takie obszary, które są w stanie absorbować masę czasu, mniej go jest właśnie na myślenie strategiczne, na sieciowanie, łączenie różnych rzeczy w kontekście funduszy europejskich, ale po tym roku już wiem, z czym mogę trochę odpuścić i pracuję z coraz większą pewnością, bo wiem, gdzie się czego spodziewać. Ale pierwszy rok tutaj to tak naprawdę nauka.

Zmieńmy temat: na czym polega nowoczesność miasta? Czy Rybnik jest nowoczesnym miastem?

Rybnik to jest fajne miasto, ale nie nowoczesne. Pytanie, do czego się porównujemy. Jeżeli mamy skłonność do porównywania się z najbliższą okolicą, to Rybnik błyszczy. Ale jeśli pojeździ się trochę po świecie, czy nawet po Polsce, to potwierdza się to, co pokazują różnego rodzaju badania – że Śląsk stoi. Nie rozwija się tak dynamicznie jak reszta kraju. Np. Rzeszów – w ciągu 10 lat tam można zaobserwować rewolucję. U nas to nie jest tak szybki i tak widoczny proces. Poza tym Rybnik jest konserwatywny. Ja nie jestem tak konserwatywną osobą, jak większość rybniczan. Łatwiej mi pewne rzeczy przyjmować i jestem ciekawy różnego rodzaju rozwiązań. Rybnik ma w sobie taką siłę małomiasteczkową, a nie wielkomiejską. Jeżeli chcemy, żeby był dalej dużym miastem, to trzeba to jednak trochę zmienić.

W jakim kierunku? 

Nie chciałbym ludziom odbierać tego, dzięki czemu czują się bezpiecznie i dobrze – tych małych ojczyzn lokalnych. Niech dzielnice są takie, jakie były. Chciałbym, żeby centrum było bardziej otwarte na świat. Przed koncertem Linkin Park pojechaliśmy zobaczyć, co się dzieje i podwieźliśmy jakichś młodych ludzi spod Słupska, którzy powiedzieli nam, że nie wiedzieli, że jest takie miasto jak Rybnik. W ich części Polski takich miast wielkości Rybnika prawie że nie ma, a oni o Rybniku w ogóle nie słyszeli! To pokazuje, że to miasto w ogóle nie wysyła w świat czegoś charakterystycznego, co czyniłoby je rozpoznawalnym. A chciałbym, żeby tak było, bo inaczej bardzo silnie dotknie nas proces demograficzny – Rybnik będzie się wyludniać. Nie tak szybko jak Żory czy Jastrzębie, gdzie jest więcej przyjezdnych, ale proporcjonalnie. U nas jest mniej przyjezdnych, ale też ludzie wyjadą i nie będzie zastępowalności, nie będzie tu nikt ściągał dla atrakcyjności Rybnika. Oczywiście tę atrakcyjność trzeba też mierzyć jakoś na swoje możliwości. To jest tak, że jeśli ktoś jest z centrum Rybnika, ma zamożnych rodziców, chodzi do dobrej szkoły, to dla niego aspiracją i wyzwaniem jest wyjście na zewnątrz i zrobienie kariery w Krakowie, Wrocławiu czy Warszawie. Ale jak ktoś jest z Czerwionki, Rydułtów czy nawet Żor, to dla niego aspiracją może być Rybnik. Ja zresztą jestem tego doskonałym przykładem – pochodzę z Rydułtów. I takie mechanizmy należy w tym mieście stwarzać. Np. komunikacja powinna ułatwiać dojazd mieszkańcom ościennych miast do centrum Rybnika, bo dzięki temu oni będą tu bywać i bardziej się wiązać z miastem.

Jeśli chodzi o podejście do odważnych i nowoczesnych rozwiązań, chociażby w architekturze miejskiej, to na przykładzie donic z cor-tenu na ul. Kościuszki, można powiedzieć, że istnieje część mieszkańców, która do takich nowinek podchodzi z otwartością, czyli jakiś potencjał w Rybniku jest. 

Oczywiście, to nie jest jakaś zapyziała dziura! Ale np. „Ulotność” – jaką to wywołało dyskusję! Dzisiaj już nie budzi takich emocji, opatrzyła się, natomiast dla kogoś z zewnątrz powoduje efekt „łał!” Nie musi się podobać, bo to nie o to chodzi. Myślę, że Wojciech Student jest doskonałą osobą, żeby stopniowo takie odważniejsze rozwiązania architektoniczne do miasta wprowadzać. I myślę, że w tej działce społecznej, kulturalnej, sportowej też mi się uda taką rolę pełnić, żeby tu jakiś ferment powodować i dać szanse ludziom z ciekawymi pomysłami, bo dotychczas może nie zawsze ją mieli. Żeby Rybnik mógł pełnić rolę lidera, powinny się też tu pojawić miejsca pracy innego rodzaju. Ale to przez zagospodarowanie kampusu i różne inne procesy, które też są na początkowym etapie. Również „Kwartał Juliusz”, czy kopalnia „Ignacy” jako przestrzeń do pokazywania sztuki – myślę, że to są właściwe kroki w tym kierunku. Czego mi jeszcze brakuje: wszędzie w Europie miasto to komunikacja publiczna oparta na transporcie szynowym. Metro, tramwaj, szybka kolejka. Mamy dużą infrastrukturę, bazę, bo tu sieć kolejowa jest bardzo rozwinięta. Ale nawet gdyby padł ze strony Rybnika pomysł, żeby nad tym pracować, to myślę, że z sąsiadującymi gminami będzie trudno to zrealizować. Mówię o tym, bo nawet przy obecnej komunikacji publicznej obsługującej sąsiednie gminy wójtowie czasami protestują, że za drogie autobusy do Rybnika, że po co nowszy tabor. Tylko że oni odbierają wtedy swoim młodym mieszkańcom szanse dostępu do lepszej szkoły, do kultury itd. Tak długo jak myślimy o komunikacji jako o koszcie, a nie jako o szansie… to jeszcze trochę czasu musi upłynąć, żeby zmieniła się mentalność.

PM kandydat

Na koniec pytanie o FOR – jaka idea przyświecała jego powstaniu i jaką rolę dla FOR widzi pan na przyszłość?

Geneza była taka, że zbliżały się wybory [samorządowe 2014 – przyp. K.O.] i kilku osobom zależało na tym, aby zebrać te środowiska, które nie dostawały do tej pory szansy, tzn. byli ludzie, którzy mieli fajne pomysły, robili fajne rzeczy, czasami byli poza Rybnikiem bardziej rozpoznawalni niż w samym Rybniku, a nie mieli wpływu na to, co się w mieście dzieje, na ten główny nurt. I w oderwaniu od sympatii politycznych chciałem takich ludzi zebrać. Pamiętam, że pierwszą rozmowę na ten temat odbyliśmy na rybnickim rynku z Mariuszem Wiśniewskim i Grzegorzem Głupczykiem. I dziś FOR jest ruchem miejskim, co może nadaje mu kontekstu politycznego, centro-lewicowego, ale działają w nim też osoby o poglądach jak najbardziej konserwatywnych i to jest fajne! My nie bawimy się przecież w politykę ideologiczną, nie zajmujemy się kwestiami typu aborcja, eutanazja. Na poziomie miasta ta odmienność ideologiczna może mieć wspólny wymiar, wspólny cel i korzyści dla wszystkich. O to chodziło w genezie FOR-u, żeby stworzyć zespół fajnych ludzi, którzy pójdą do wyborów, żeby powalczyć o jak najlepszy wynik. Patrząc na budżet, którym dysponowaliśmy, patrząc na liczbę osób, która ostatecznie zdecydowała się rzucić z motyką na słońce – na listach wyborczych przecież nie było kompletu – to ja myślę, że wynik był super.

A co z przyszłością?

Przyszłość widzę tak, że FOR będzie się rozrastał. To jest grupa ludzi, którzy są perspektywiczni, bo nawet ostatni rok pokazuje, ze FOR systematycznie coś robi, systematycznie się spotyka i to nie jest grupa ludzi przypadkowych, tylko takich, którym rzeczywiście zależy na zmianie w tym mieście. I co jest bardzo ważne, ekipa ludzi, którzy dobrze się czują w swoim towarzystwie i fajnie do nich należeć. Myślę, że to jest doskonała baza do tego, żeby spróbować zbudować siłę, która awansuje w kolejnych wyborach pod względem ilości radnych z czwartej na trzecią reprezentację, bo myślę, że w Radzie Miasta przydałoby się więcej osób z trochę inną perspektywą postrzegania miasta niż skoncentrowanie się na dzielnicach. Bo głównie takich mamy teraz radnych. Myślę, że dobrą równowagą byłaby grupa ludzi myślących przekrojowo o kulturze, o rozwoju miasta, o przedsiębiorczości – to byłoby bardzo dobre dla miasta. Żeby tego typu myślenie o mieście również w Radzie się ścierało. Żeby była i ta perspektywa dzielnicowa, ale i takie przekrojowe myślenie o mieście, które właśnie FOR może zaoferować. Moja partnerka była kiedyś na naszym ognisku FOR-u i powiedziała po nim, moim zdaniem, bardzo cenny komplement: FOR jest grupą ludzi wartościowych. Chociaż była z zewnątrz, to warto było tych ludzi posłuchać. To nie byli ani politycy zadzierający nosa, ani skupiający sie na dyskusji o tym, jak podzielić kawałek tortu, tylko spotkała się ekipa ludzi z klasą. Również od innych osób, które były naszymi gośćmi podczas naszych spotkań, słyszałem, że fajnie tu posłuchać dyskusji.

PM smile

Kończąc – o czym marzy przed Świętami* wiceprezydent Piotr Masłowski?

Przed Świętami marzę o tym, żeby się wyłączyć. Żeby to był taki czas, w którym mógłbym zająć się czymś innym niż myślenie o mieście. Bo brakuje mi czasu i przestrzeni dla siebie i dla najbliższych. Może to brzmi banalnie, ale rzeczywiście mi tego brakuje. Nawet kiedy spędzam czas z dziećmi, to jedziemy na przykład na galę wolontariatu. Fajnie, że mają kontakt z różnymi ludźmi, różne ciekawe rzeczy mogą zobaczyć, ale trochę brakuje czasu na takie skoncentrowanie się na nich.

W takim razie życzę więcej wolnego czasu i dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Krzysztof Oleś

*Rozmowa miała miejsce 21.12.2015r

 

Wszystkie fotografie pochodzą z https://www.facebook.com/piotrpawelmaslowski/?ref=ts&fref=ts

 

  • Udostępnij wpis
Poprzednie Wpis Następne S5