0

Zastanawialiście się kiedyś, z czym ludzie z innych części świata niż tzw. „Subregion Zachodni” mogliby kojarzyć Rybnik? Bo o tym, że to w sumie fajne miasto – spokojne, raczej dalekie od ekscentryzmów  (poza składem powietrza) – to my wiemy. Ale gdyby zapytać mieszkańca, dajmy na to, Suwałk, z czym kojarzy mu się Rybnik, co by odpowiedział? Być może coś wspomniałby o węglu, może wsparłby się jakimś stereotypem o brudnym Śląsku itp. – ale czy coś jeszcze? Mieszkańcy bliższych nam regionów nazwę „Rybnik” wiążą ze szpitalem psychiatrycznym – skojarzenie mało atrakcyjne wizerunkowo. U Czechów już sama nazwa wywołuje uśmiech na twarzy, ponieważ staropolskie znaczenie tego słowa pozostaje aktualne w ich języku – dla nich jesteśmy po prostu mieszkańcami… stawu. I o ile postać Wodnika Szuwarka dawałaby pewne pole do popisu dla specjalistów od marketingu, chcących zachwalać nasze miasto u południowych sąsiadów, o tyle dla reszty świata mogłoby to kwalifikować nas raczej jako pacjentów rzeczonego szpitala…

Wśród osób zainteresowanych muzyką znaleźliby się tacy, którzy przypomnieliby sobie, że od kilku lat organizowane są tu wielkie koncerty, którym towarzyszy świetna atmosfera – ale publiczność wszystkich pięciu koncertów razem wziętych nie sięga 100 tysięcy, a to mniej niż Rybnik ma mieszkańców. Być może większe grono odbiorców muzyki klasycznej lub jazzu zna renomowaną szkołę im. braci Szafranków. Może coraz większej liczbie osób mówi coś nazwa RYJEK. Oczywiście, starzy kibice żużla o historii tutejszego klubu mogą wiedzieć więcej, niż niejeden rybniczanin. Niektórzy żeglarze znają Zalew Rybnicki jako najcieplejszy w Polsce akwen wodny umożliwiający żeglowanie.

Podsumowując – to owocami pracy rybniczan nadrabiamy trochę braki w przestrzeni miejskiej. Niby nie jest źle (poza kilkoma nadmiernie nasłonecznionymi miejscami), może nawet fajnie, ale… nie zachwyca?

 

Nie ma co się oszukiwać: Rybnik nie będzie Paryżem, Wiedniem ani nawet Krakowem. Przez wieki złożona głównie z drewnianych budynków osada wokół książęcego zamku z niewielkim murowanym kościółkiem na wzgórzu nie różniła się zbytnio od wielu innych. No, może poza znaczną liczbą stawów, z których woda nader często przydawała się do gaszenia pożarów wywoływanych przez harcujące po pograniczu wojska. Odkrycie złóż węgla i rozwój przemysłu podniosły rangę Ziemi Rybnickiej i wzrost liczby ludności, ale jakichś spektakularnych śladów w przestrzeni nie pozostawiły. Ostatnie ćwierćwiecze za to obrodziło architektonicznymi koszmarkami. Dlatego Śródmieście nie będzie starówką na miarę chociażby tarnowskiej czy kaliskiej (miast podobnej wielkości), a dość konsekwentna XIX-wieczna zabudowa podobna jest do wielu okolicznych miast. Rybnik nie jest też przykładem jednej koncepcji architektonicznej jak Zamość, Gdynia czy niektóre dzielnice Katowic – nieliczne przykłady odkrywanej na nowo architektury modernistycznej (np. kwartał ulic Na Górce, Piasta, Antoniego) właśnie znikają pod styropianem. Zamek, Bazylika ze swoimi (najwyższymi na Górnym Śląsku) 95-metrowymi wieżami, rynek i zabudowa śródmieścia, zabytkowy szpital psychiatryczny ani nawet (chyba niedoceniany u nas pod względem architektonicznym) Teatr Ziemi Rybnickiej, choć składają się dziś na charakter i klimat miasta – i jako takie wymagają ochrony – nie wyróżniają się niczym wyjątkowym w skali kraju. Niczym, co samo w sobie mogłoby przysporzyć Rybnikowi popularności. Oczywiście mamy ronda, które kiedyś stały się znakiem rozpoznawczym miasta. Dzisiaj jednak nie są w Polsce już niczym nadzwyczajnym, a rekordowa ich liczba może robić wrażenie na kierowcy, który zjeździ miasto wzdłuż i wszerz – tylko czy o to chodzi? Jakąś próbą urozmaicenia krajobrazu były instalacje na rondach – na ile udane, zdania są podzielone.

WAWOK FOR

fot. Krzysztof Oleś

Miasta na całym świecie starają sie uatrakcyjnić swoją przestrzeń. Nie tylko dostosowując ją do potrzeb i upodobań mieszkańców, ale wprowadzając w nią elementy czysto estetyczne, które mają zwracać uwagę, tworzyć charakter miejsca albo pobudzać do myślenia. Czasem przykładem takiego działania bywa architektura budynków użyteczności publicznej (Filharmonia w Szczecinie, Muzeum Śląskie w Katowicach, siedziba NOSPR w Katowicach, Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu , Muzeum Ognia w Żorach).

Bardzo często są to jednak rzeczy na pozór całkowicie bezużyteczne z pragmatycznego punktu widzenia. Każdy fan zespołu Soundgarden zna etymologię jego nazwy – w Seattle nad Jeziorem Washington na początku lat 80-tych stanęła instalacja Douglasa Hollisa: 12 stalowych wież złożonych z różnej długości rur i skrzydeł, które obracają konstrukcje. Wiatr porusza nimi i wygrywa melodie, jak na organach. Od trzydziestu lat Sound Garden obok Space Needle jest symbolem i jedną z atrakcji turystycznych Seattle. W tym samym mieście miejscowy artysta zaprezentował instalację z „śpiewających” latarni-kwiatów zasilanych bateriami słonecznymi – jako przykład wykorzystania odnawialnych źródeł energii w przestrzeni miejskiej.

O ile krzywa wieża w Pizie powstała jako obiekt użytkowy, a swojej najsłynniejszej cechy nie zawdzięcza świadomemu działaniu człowieka, o tyle wieża Eiffla jest efektem próżności epoki, która ją wydała – wybudowano ją w 1889r na wystawę światową jako symbol możliwości technicznych człowieka. Pierwotnie miała zostać rozebrana po 20 latach, a przeciw jej powstaniu protestowała elita kulturalna Francji, w tym Leconte de Lisle, Aleksander Dumas i Guy de Maupassant. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, czym jest dzisiaj. A przecież i przed powstaniem wieży Paryż miał się czym chwalić i 100 lat później wciąż powstają nowe obiekty mające zaskakiwać mieszkańców i turystów.

W Timisoarze w Rumunii, zabytkowym a jednocześnie przemysłowym mieście ktoś wpadł na pomysł zawieszenia nad ulicami setek kolorowych parasoli. Efekt? Miliony kolorowych zdjęć w internecie i pozytywny przekaz z podpisem „Timisoara” płynący w świat.

Jerozolima jest miejscem, którego turystycznie reklamować nie trzeba. Rozwiązania dla wygody mieszkańców można by rozpatrywać tylko w kategoriach ekonomicznych i, ewentualnie, dostosowywać do estetyki otoczenia. Tymczasem władze tego miasta zdecydowały się „poprawić” przestrzeń na jednym z placów za pomocą latarni-kwiatów. Oryginalność konstrukcji polega na tym, że kielichy kwiatów rozchylają się, kiedy ktoś się do nich zbliża, dając osłonę przed słońcem lub deszczem oraz oświetlenie po zmroku. Czujnik ruchu powoduje uruchomienie wiatraka, który pompuje tekstylne płatki kwiatów – łagodny ruch imituje żywą roślinę i tworzy mały uliczny spektakl.

Weźmy przykład z krajowego podwórka: Wrocław ze swoim rynkiem, Ostrowem Tumskim i Halą Stulecia (swego czasu „Ludową”) – zresztą również wybudowaną z okazji wystawy światowej, w 1913r – wydaje się miejscem wystarczająco interesującym, by dawać wrocławianom poczucie mieszkania w ciekawym miejscu i jako taki funkcjonować w zbiorowej świadomości. Ale czy nie byłby miastem uboższym, gdyby nie słynne już wrocławskie krasnale?

krasnal for

fot. Krzysztof Oleś

Stolica polskiego winiarstwa, Zielona Góra, stare dolnośląskie (sic!) miasto, przed laty miejsce znanego festiwalu piosenki posiada amfiteatr – niedawno ogłosiło konkurs na opracowanie projektu, który zamieniłby je w atrakcyjniejszą wizualnie przestrzeń, niż zwykłe ułatwienie podejścia pod górę. Zwycięski projekt wybrali internauci: proste pomalowanie schodów w kolory nieba z elementami fluorescencyjnymi – w dzień słoneczny błękit, w nocy blask gwiazd. Niby nic, a jednak weselej.

Rekordy popularności w polskich miastach biją obecnie tzw. murale, czyli wielkopowierzchniowe artystyczne grafiki np. na szczytowych ścianach kamienic lub bloków. Prym w tej dziedzinie wiedzie Bydgoszcz, której murale trafiają na międzynarodowe zestawienia najlepszych prac tego typu. Taka forma grafiki nie jest niczym odkrywczym – w czasach PRL była to powszechnie stosowana reklama zewnętrzna. W Bydgoszczy połączono funkcję estetyczną z użytkową tworząc tzw. „retromurale” – reklamy na ścianach budynków wzorowane na reklamach z przedwojennych gazet. W ten sposób udało się zaspokoić potrzeby przedsiębiorców, nie zaśmiecając jednocześnie przestrzeni chaosem bilbordów, tablic i banerów.

Wróćmy nad Nacynę. Czym możemy zaskoczyć odwiedzającego nas krewnego z drugiego końca Polski albo starych znajomych ze studiów? Rybnik cieszy się opinią miasta czystego, zadbanego i zielonego – wszystko to, zaiste, chwalebne zalety, jak na miasto z pruską przeszłością przystało – u niejednego gościa stereotyp szarego i ponurego Śląska legnie tutaj w gruzach. Ale ani to wyjątkowe, ani powalające. Być może 20 lat temu rybnicki rynek różnił się pod względem czystości i zadbania od większości podobnych miast – dzisiaj, po kilkunastu latach rewitalizowania rynków, starówek i śródmieść z pomocą funduszy europejskich tylko maruderzy i regiony o rzeczywiście trudnej sytuacji finansowej pozostały w tyle. W większości jest to standard przysłowiowej „ciepłej wody w kranie”. Czy stać nas na odrobinę fantazji? Może nie od razu tak „ekstrawaganckiej” jak ligockie szczupaki czy „skrzydlaci rowerzyści” z Wawoka, ale na miarę „Ulotności” – kontrowersyjnej, ale znajdującej obrońców?

Trudno o szaleństwo posądzać autorów projektu cor-tenowych osłon na donice na ul. Kościuszki, choć kontrowersji wzbudziły niemało. Mural przy placyku zabaw przy ul. Chrobrego może być jaskółką zwiastującą wiosnę. Wyłoniony w konkursie projekt sali koncertowej dla szkoły muzycznej może dopiero stworzyć precedens, otwierający w Rybniku zapotrzebowanie na dobrą – nie tylko praktyczną albo schlebiającą gustom właścicieli – architekturę. Pod warunkiem, że miasto pozyska środki na sfinansowanie budowy obiektu.

 

Puśćmy więc wodze fantazji! Oczywiście, bez przesady – pamiętajmy, że Rybnik to nie Dubaj i jego budżet ma swoje granice. Ale podpatrując pomysły z innych miast, wyobraźmy sobie, jaką odrobinę szaleństwa moglibyśmy sobie zafundować, korzystając z tzw. „uwarunkowań lokalnych”.

Wydaje się, że w ostatnich latach zarzucono pomysł kwietnych figur jak paw z Mikołowskiej, czy kaczki ze skweru przy bazylice, a obecnie znad stawu przy Zebrzydowickiej/Kotucza. Może nie była to inicjatywa całkiem oryginalna, ale w większej skali i przy konsekwentnym realizowaniu jakiejś szerszej koncepcji mogłaby być udanym nawiązaniem do legendy Rybnika jako przedwojennego miasta – ogrodu. Zwłaszcza że kilka ostatnich lat zdawało się z tą legendą zrywać.

Schody do Teatru Ziemi Rybnickiej to jeden z najbardziej charakterystycznych punktów Rybnika. Może malowanie ich byłoby zbyt banalne (a może i nie?), ale swego czasu Piotr Masłowski, przygotowując z przedsiębiorcami program „Deptak reVita” (http://www.for.rybnik.pl/?portfolio=spieszac-z-pomoca), dotyczący ożywienia ulic Sobieskiego i Powstańców Śl., zaproponował tablice z nazwiskami słynnych rybnickich osobistości wmurowane w chodnik – na wzór Hollywood czy naśladujących go Międzyzdrojów. Gdybyśmy pomysł ten trochę zmodyfikowali i wykorzystali cokoły schodów (albo postawili tablice na trawniku – wszystko jedno) jako miejsce na nazwiska artystów związanych z Ziemią Rybnicką? Piotr Paleczny, Adam Makowicz, Lidia Grychtołówna, Wilhelm Szewczyk, Tadeusz Kijonka, Aleksander Krupa i wielu innych na „Schodach do kultury”[1]? Mogłoby to spełnić istotną rolę edukacyjną – również dla rybniczan.

Skoro o schodach mowa, o pomstę do nieba woła stan Dróżki Profesora Libury. Uroczy zaułek, który sam w sobie, odpowiednio zagospodarowany mógłby stać się atrakcyjnym miejscem, a tymczasem od lat straszy swoim stanem. Profesor Innocenty raczej nie byłby zadowolony ze stanu ścieżki podpisanej jego nazwiskiem. Lech Gęborski jest autorem pomysłu stworzenia ławeczki z figurą profesora na deptaku, która z pomocą techniki audiowizualnej mogłaby opowiadać zainteresowanym o historii miasta. Dlaczego nie?

timisoara

fot. Łukasz Kohut

Można by też skorzystać z pomysłu Timisoary i rozwiesić latem setki parasoli chroniących przed słońcem i deszczem nad ul. Kościelną, nad ul. Sobieskiego – niech idą w świat zdjęcia z kolorowego Rybnika? Byłoby może już mało oryginalnie, ale niedrogo i optymistycznie. Chyba żeby zamienić parasole na coś mniej oczywistego?

Rybnik, oprócz szczupaka, ma w herbie roślinę zwaną kotewką wodną (orzechem wodnym). W heraldycznej ikonografii jest to biały, czterolistny kwiat na zielonej łodydze. Gdyby skorzystać z jerozolimskiego pomysłu i np. przy fontannie na placu Jana Pawła II albo na pl. Wolności ustawić takie „interaktywne” kwiaty? Zasilane słonecznymi bateriami, otwierające się, kiedy ktoś się do nich zbliży, dające cień na tej betonowej pustyni i osłonę przed deszczem podczas letniej ulewy, a także światło po zmierzchu – i otwierające się z delikatnym szelestem, nadającym zwykłej mechanicznej czynności wymiar małego happeningu… Element architektury miejskiej, jakim jest latarnia, w polskich śródmieściach zatrzymał się gdzieś na przełomie XIX/XX wieku i można odnieść wrażenie, że wszystkie miasta zaopatrują się u jednego producenta, latarnia-kwiat to mógłby być prawdziwy ewenement. Może w ramach budżetu obywatelskiego udałoby się coś takiego zrobić? Może nawet w samym Rybniku znaleźliby się architekci i firmy chętne do zaproponowania czegoś na miarę europejskiego miasta XXI wieku?

 

warde

Źródło: http://www.hqa.co.il/mies_portfolio/warde/

Niedawno miasto ogłosiło rozpoczęcie działań, mających na celu nadanie centrum miasta statusu parku kulturowego, co pozwoli powstrzymać architektoniczny i reklamowy chaos. Jeżeli to się uda, może nie będzie to osiągnięcie na skalę światową, ale, jak na polskie warunki, może pozwolić osiągnąć efekt wyjątkowości. Na pewno utrwali wizerunek Rybnika jako miasta uporządkowanego. W parku kulturowym o przeważającej architekturze XIX/XX w. z pewnością zdałby egzamin bydgoski pomysł z „retromuralami”.

Przy okazji parku kulturowego warto poruszyć temat strategii promowania charakteru miasta. Niewątpliwie największy rozwój Rybnik zawdzięcza węglowi. Niestety – kopalnia „Ignacy” nie będzie kopalnią „Guido”, nie ma szans z ostrawskimi Vitkovicami, żeby nie wspomnieć o Muzeum Śląskim. Dlatego w koncepcji władz miasta pełni rolę centrum kultury i pracuje się nad kreowaniem własnego charakteru tego miejsca, a nie próbuje konkurować z powyższymi. Czas, w którym można było myśleć o tym, żeby z konkurencją powalczyć, przespaliśmy jako miasto – minął bezpowrotnie kilka lat temu. Ale historia węgla na Ziemi Rybnickiej to raptem 200 lat. Gdyby szerzej spojrzeć na historię Śląska i Rybnika, to nasze miasto jest ściśle związane z jednym żywiołem – wodą. Jak na miasto, co do którego istnieje hipoteza, że nawet jego rynek powstał w miejscu zasypanego stawu, a pewne jest, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu stawów w centrum było kilka (Bukówka, parking przy Brudnioka, tzw „Gliniok”, dzisiejszy parking przy Netto na Smolnej i inne), że kościół ewangelicki powstał w dawnej suszarni sieci rybackich, to mało podkreślamy tę zależność. A przecież zarówno nazwa, historia, sens nazwy w języku czeskim, herb miasta – nie pozostawiają wątpliwości. Warto przy tym pamiętać, że Ziemia Rybnicka to region, w którym ogromna część mieszkańców jest Ślązakami od pokoleń.  Rybnik ze swoją wodną przeszłością wpisuje się w jedną z etymologii nazwy krainy – „Śląsk” miałby zachować ścisły związek ze słowiańskim słowem „ślęg” względnie „śląg”, oznaczającym wilgoć, mokrość[2]. Kto wie, co znaczy „ślimtać”, łatwiej doszuka się pokrewieństw między tymi słowami. Śląskość i związki z wodą aż się proszą o wizerunkowe wykorzystanie tych skojarzeń. Przywracanie rzek miastom to w dalszym ciągu temat tabu w polskiej urbanistyce, wciąż pozostaje tu pole do popisu. Może pierwszym krokiem w tym kierunku będą deklaracje Urzędu Miasta co do stworzenia bulwarów nad Nacyną? Żory postawiły na swoja historię, budując odważne w formie Muzeum Ognia. Gdybyśmy chcieli iść w stronę żywiołów, które dały podwaliny pod powstanie osady, Rybnik powinien stworzyć Muzeum Wody. Najcieplejszy zbiornik wodny w Polsce czy Ruda – Rzeka Roku 2015 – sprzyjają takiej koncepcji. Związek Rybnika z wodą jest dziś bardziej aktualny niż Jastrzębia Zdroju ze „zdrojowością”. Oczywiście, stworzenie muzealnego obiektu z prawdziwego zdarzenia nie zmieściłoby się w tym samym budżecie, co koszty budowy drogi Racibórz – Pszczyna. Ale może kiedyś…

A może zamiast naśladować rozwiązania innych, jesteśmy w stanie zadziwić świat własnym oryginalnym pomysłem? Architekci i artyści z Rybnika osiągają ogólnopolskie i międzynarodowe sukcesy, może chcieliby swój talent spożytkować na rzecz rodzinnego miasta?

Jakiekolwiek pomysły nie przyszłyby nam do głowy, czymkolwiek zapragnęlibyśmy naszą przestrzeń miejską upiększyć, byłoby dobrze, żeby ktoś jednak czuwał nad tym, aby było to ze sobą spójne, a wprowadzenie elementu zaskoczenia nie polegało na komizmie estetycznego chaosu. Wydaje się, że kompetentne organy powołane przez władze miasta powinny być naturalnym opiniodawcą takich pomysłów.

 

Sprowadzając nas na ziemię, ktoś mógłby zapytać – po co nam takie fanaberie? Czy nie jest to kwestia drugorzędna w sytuacji, kiedy potrzebujemy miejsc pracy dla młodych, lepiej płatnych itd.? Czy nie wystarczą równo przystrzyżone trawniki i skalniaki z iglakami na rondach? Równo położony chodnik, świeżo wyasfaltowana droga powiatowa i łatwy dojazd do autostrady? To zależy od naszych oczekiwań. Odważne, niebanalne i zaskakujące elementy przestrzeni miejskiej świadczą o otwartości mieszkańców, a to też może być wartość dla inwestora poszukującego kreatywnych umysłów.

Z innej strony: czy nam się to podoba, czy nie, w XXI w. liczba zdjęć w internecie ma wpływ na pozycjonowanie nazwy i na rozpoznawalność miasta. Trudno ocenić, jaki odsetek inwestorów wybiera miejscowości, o których nigdy nie słyszało, można się jednak spodziewać, że poszukiwania miejsc odpowiadających potrzebom inwestora zaczyna on raczej od tych, które zna – choćby ze słyszenia.

Pozostaje jeszcze samopoczucie mieszkańców korzystających z przestrzeni miejskiej – dobrze wpływa na identyfikowanie się z miastem, oprócz zaspokojenia podstawowych potrzeb, możliwość pochwalenia się przed znajomymi czymś niepowtarzalnym w swoim mieście. Czymś, co wywoła reakcję „Ale fajne!”, o czym napisze prasa, a telewizja pokaże jako ciekawostkę. Zasada: „nieważne, co mówią, byle nie przekręcili nazwy” chyba nie sprawdza się w odniesieniu do miast. Tu jest jednak ważne, żeby mówiono dobrze.

 

A może tak w ogóle to plotę tu głupoty? Powinno nam wystarczyć, żeby zagospodarować budynki nieużywane (”Juliusz”), prostować drogi, regulować rzeki, dostosowywać infrastrukturę do praktycznych potrzeb i nie wychylać się z żadnymi „cudactwami”? Ewentualnie kategorie estetyczne ograniczając do czystości, porządku i bezpiecznej symetrii?…

 

Zapraszamy do dyskusji na naszym profilu fb:

www.facebook.com/forumobywatelirybnika

oraz do pisania na nasz adres:

info@for.rybnik.pl

 

Krzysztof Oleś

Źródła:

http://www.citylab.com/weather/2015/10/jerusalems-flower-like-streetlights-bloom-when-you-approach/412570/

http://www.hqa.co.il/mies_portfolio/warde/

https://www.flickr.com/photos/photocoyote/2977230675

https://www.youtube.com/watch?v=1aGUPZc53cQ

https://en.wikipedia.org/wiki/A_Sound_Garden

https://pl.wikipedia.org/wiki/Space_Needle

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wie%C5%BCa_Eiffla

http://halastulecia.pl/o-hali/historia-hali/

http://zielonagora.wyborcza.pl/zielonagora/1,35182,18462994,schody-do-amfiteatru-beda-schodami-do-nieba-podoba-wam-sie.html

http://www.citylab.com/design/2013/08/seattles-newest-streetlights-are-40-foot-tall-singing-flowers/6659/

http://www.bryla.pl/bryla/1,85301,18664534,nowa-sala-koncertowa-w-rybniku-wyniki-konkursu.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Al%C4%85sk

http://bydgoszcz.wyborcza.pl/bydgoszcz/1,35590,15083914,Mamy_sie_czym_chwalic__Nasze_murale_robia_furore_na.html

http://www.bryla.pl/bryla/51,85301,18037379.html

http://www.rybnik.eu/index.php?id=223&p=news%2C11%2Cshow%2C8576

 

 

 

 

[1] Taką samą nazwę nosił projekt Urzędu Miasta dotyczący zagospodarowania jednego z poddaszy.

[2] https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Al%C4%85sk

  • Udostępnij portfolio
Poprzednie Portfolio