0

Napisałem kiedyś, że z dymem jest jak, za przeproszeniem, z gównem. Zainteresowało to kilka osób i zostałem poproszony o rozwinięcie tematu. Więc rozwijam.

Choćby nie wiem jak to kogoś gorszyło, człowiek nie lilija, wypróżniać się musi. Przez wieki ludzie załatwiali potrzeby w krzakach albo za stodołą i było dobrze. Jak kto był wielki pan, to miał porcelanowy nocnik, który służba opróżniała za stodołą. Jak kto był pan, ale nie taki wielki, to miał nocnik cynowy, który sam opróżniał za stodołą. Przy czym, jak to zwykle z ludźmi bywa, jeden zakopał po sobie jak kot, inny liśćmi przykrył, a jeszcze inny jak narobił, tak zostawił. Śmierdziało strasznie, ale wszyscy byli przyzwyczajeni i nie widzieli problemu. Poza służbą. I poza niektórymi panami, którzy za smrodzenie pod ich pańskimi nosami mogli chłopu wymierzyć rózgi.

A potem pojawili się na świecie naukowcy, którzy stwierdzili, że za stodołę latają muchy, które potem mogą zaglądać do ludzkich posiłków, a to nie całkiem na dobre ludziom wychodzi. Dzisiaj powiedziano by, że to spisek firm farmaceutycznych, ale wtedy jeszcze wierzyło się naukowcom i pojawiła się moda na ubikacje oraz szamba. I znowu: jeden szambo opróżniał regularnie, bo mu smród nie pasował, a inny puszczał nadwyżki do rzeki, dopóki mu dekla nie zaczęło dźwigać – bo przecież wywóz kosztuje. Z czasem stworzono kanalizacje, bo się przyjęło uważać, że bez smrodu przyjemniej, a jak się coś pospołu w kanał spuści, to taniej wyjdzie. Na pewno wielu uznało to wtedy i nadal uznaje za fanaberię zniewieściałych elit, ale kanalizacja jest dziś powszechnie uznanym osiągnięciem cywilizacyjnym.

Z dymem od wieków było tak samo – jak się nie chce marznąć, trzeba napalić, a jak się napali, musi być dym, nie ma bata. Dym śmierdzi, według naukowców truje, ale wszyscy są przyzwyczajeni. Jednym to przeszkadza i kombinują, jak to zrobić, żeby nie śmierdziało. A niektórzy mają to tam, gdzie wszystkim zbiera się to, co nasi pradziadowie zostawiali za stodołą. I nie ma to nic wspólnego z zamożnością: nieraz można zobaczyć elegancki dom, z trawką skoszoną pod linijkę, tujki tam równo przycięte, podjazd wybrukowany, na nim nawoskowane auto z metryką krótszą niż przyspieszenie do setki – a jak zakopci żółto-brunatnym kłębem z komina, to gołębie strony świata mylą. I tak przez siedem dni w tygodniu. Ale bywa i odwrotnie: dom stary, skromny, a poza momentem rozpalania – cienka strużka unosi się z komina. Czyli nie smrodzić trzeba przede wszystkim chcieć. Ale nieliczni wolą zainwestować w czystsze źródło ogrzewania niż w nowe auto. Per analogiam – większość woli dalej chodzić za stodołę, niż zbudować ubikację i szambo.

Dzisiaj panu obić smrodzącego już nie wolno, a rózgi zostały zastąpione grzywną. Jako że łaskawi panowie nie występowali w narodzie zbyt często, wszystkim wydaje się naturalne, że tylko batem można smrodzenie wyplenić. Naprawdę nie można inaczej?

Dom ok. 150m2 można ogrzać piecem węglowym za 3-4tys. zł rocznie. Na skorzystanie z ciepła sieciowego w tym samym domu trzeba mieć 7-8tys. zł rocznie, nie licząc kosztów podłączenia i pozostając na łasce dostawcy w zimne dni poza sezonem. Jedna i druga kotłownia spala węgiel. Sieciowa mogłaby spalać o wiele mniej, niż tysiące indywidualnych, dając ten sam efekt grzewczy. Dlaczego się nie opłaca?

Podobno są kraje, w których panowie są tak łaskawi, że darują podatek VAT od gazu pospólstwu, które decyduje się gazem ogrzewać dom. Na naszym folwarku jednak żadna forma pańszczyzny odpuszczona raczej nie będzie. Pan powie: „Po moim trupie!” I może mieć więcej racji, niż mu się wydaje…

Oczywiście, każdy wie, że zdrowie jest bezcenne. Ale nie każdy ma ochotę przepłacać, skoro nawet jeśli przestanie truć się sam, zrobi to za niego sąsiad z deputatem, który wynajduje w internecie sponsorowane artykuły o rzekomej zmowie tajemniczych sił, próbujących wmówić nam, że smog jest, kiedy tak naprawdę go nie ma.

Społeczeństwo bardzo powoli dojrzewa do myśli, że smog to zagadnienie sanitarne, a dostęp do ciepła w naszym klimacie powinien być traktowany jak dostęp do czystej wody i kanalizacji. Rząd, samorządy, urzędy zaczynają rozumieć, że doprowadzenie „czystego” ciepła na przystępnych warunkach do jak największej liczby odbiorców da efekt taki sam, jak budowa kanalizacji – mniej gówna pod nosem (oczywiście za przeproszeniem). Niestety, wciąż prościej wprowadzać zakazy i kontrolę, niż stworzyć alternatywę. Gdyby tak myśleli nasi przodkowie, nie byłoby kanalizacji, tylko każdy sam miałby obowiązek wywiezienia wołami nieczystości za miasto. I w efekcie już dawno wzięłaby nas cholera.

Krzysztof Oleś

  • Udostępnij wpis
Poprzednie Wpis Następne S5